MenuZamknijRaport
Koronawirus

WIADOMOŚCI

SPORT

Środa, 15 lipca
im. Henryka, Włodzimierza

(Źle) się dzieje w polskiej szkole

Wiadomości: JELENIA GÓRA
Sobota, 4 października 2008, 15:19
Aktualizacja: Niedziela, 5 października 2008, 8:38
Autor: TEJO
Fot. TEJO
Ważne nazwiska, mocne argumenty, gorąca dyskusja i niepokojące wnioski – tak przebiegła debata „Dokąd zmierzasz Polska szkoło?” zorganizowana podczas IX Karkonoskiego Pikniku Edukacyjnego.

Marek Michalak, rzecznik praw dziecka, Beata Pawłowicz, dolnośląska kurator oświaty, Małgorzata Wrzal, dyrektorka Dolnośląskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli, Barbara Laska z Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej. Obok przedstawiciele uczniów i moderujący dyskusję przed licznie zgromadzonymi nauczycielami, dyrektorami i przedstawicielami władzy Zygmunt Korzeniewski, szef filii DODN w Jeleniej Górze.

Uczniowie, którzy nie przedstawili się z nazwiska ani nie zdradzili, do której szkoły chodzą, zasypali gości listą grzechów polskiej oświaty: lekcje są za nudne, za dużo się zadaje, podręczniki – za ciężkie, gimnazja niepotrzebne a matematyka na maturze może się okazać balastem, którego znaczna większość zdających nie udźwignie. Zły system oceniania. Do tego kłopot z religią. – Czy nie można by wrócić do jej nauczania w salach katechetycznych? – pytał jeden z mówiących. Dostał brawa.

A co na to goście? Beata Pawłowicz podkreśliła, że większość tych problemów da się rozwiązać na poziomie szkoły i nie wymaga to większych zmian całej struktury. Marek Michalak zaniepokoił się, że uczniów nie przedstawiono nazwiskami i nazwami szkół. Dał do zrozumienia, że być może obawiają się o swój los. Barbara Laska jak niepodległości broniła pomysłu przeprowadzenia obowiązkowego egzaminu z matematyki. – Najgorsze jest to, że nauczyciele nie potrafią jej skutecznie nauczyć – podkreśliła.

Kiedy Z. Korzeniewski zaprosił do dyskusji gości z sali, zrobiło się gorąco. Polskiej szkole nie szczędzili razów nawet sami nauczyciele. – Jestem z „nieporozumienia” nr 4 – przedstawił się Aleksander Korczak, jeden z uczących z „czwórki”. Działania urzędników oświatowych nazwał pozorowanymi a szkołę ocenił jako instytucję, w której podstawowym miernikiem wartości ucznia są liczby i zdawalność. – To taki konkurs skoku w dal: nie ważne skąd się startuje, byleby jak najdalej doskoczyć. Ostro zareagowała Barbara Laska z OKE. – Kto tak myśli, jest głupi – powiedziała.

Głosów w dyskusji było znacznie więcej. – Szkoła nie może mieć monopolu na prawdy objawione. Nie może być tak, aby jakiś facet, który ma licencjat, głosił takie nauki – mówił Kamil, który „zaliczył” w swojej karierze kilka szkół, między innymi ZSO nr 1. – Niegrzeczny byłem, co? – z przekąsem spytał siedzącego blisko dyrektora popularnego Żeroma Pawła Domagałę.

Oliwer Kubicki zaproponował, aby w Jeleniej Górze wprowadzić eksperymentalną ankietę dotyczącą kompetencji nauczycieli wypełnioną anonimowo przez uczniów. Za propozycję dostał brawa. Podkreślił też, że często zdarza się, iż nagrody, awanse i wyróżnienia dostają ci nauczyciele, których uczniowie nie lubią.

Na koniec debaty każdy z jej uczestników w jednym zdaniu miał powiedzieć, dokąd szkoła zmierza. Pozytywnym kierunkom nadanym przez oficjalnych gości debaty dał przeciwwagę jeden z uczniów, mówiąc, że jak tak dalej pójdzie, to nasza szkoła trafi donikąd.

Więcej o stanie edukacji lokalnej - w poniedziałkowym wydaniu tygodnika Jelonka

Ogłoszenia

Czytaj również

Łagodny wyrok za zakatowanie kota

Informacja wojewody ws. koronawirusa (aktualizacja)

To teren zapuszczony

Komentarze (30) Dodaj komentarz

~aha 4-10-2008 18:49
! uczniowie narzekaja na nauczycieli i nudne lekcje - a gdzie szacunek dla ich pracy?? czesto jest tak,ze uczniowie nie licza sie z tym co robi nauczyciel, nie angazuja sie w przebieg zajec, stad (nierzadko bzdurne stwierdzenia), ze lekcje sa nudne. moze by tak sprecyzowali czego oczekuja - "nuda" moze miec rozne znaczenie. czas najwyzszy by rowniez dzieci i mlodziez zaczely przykladac sie do zajec, nie jedynie robia przytyki nauczyciela. nie wszyscy nauczajacy sa zli !!
~leniwy BELFER 4-10-2008 18:54
BRAWO DLA OLA!!! powiedział to o czym inni myślą ale boją się powiedzieć....
~parka 4-10-2008 19:10
Jako uczniowie bardzo popieramy pomysł z ankietą !! Ogromne brawa dla tego pana ! To co dzieje się w jeleniogórskich szkołach to po prostu skandal !! Niektórzy nauczyciele są zatrudniani chyba bez wymaganych kwalifikacji zawodowych !! Dolnośląskie KURATORIUM powinno się bardziej zając tymi sprawami i dokładnie przyjrzec każdej ze szkół. Skandal !! Uczniowie wołają o pomoc !! Pozdrawiamy.
~MieszkaniecJG 4-10-2008 19:17
Weźcie coś z tym skołami zróbcie... w Gim nr 2 to w 2006 roku tylko jedna męska toaleta była czynna na całą szkołę ! 2 pozostałe odremontowane były zamknięte i niedostępne dla uczniów... Żal po prostu... nawet w czasie lekcji nie można wyjść do toalety... pewnie dlaje tak tam jest...
~Sabath 4-10-2008 19:32
a poco przedstawiać się z nazwiska i podawać z jakiej się jest szkoły przecież pewnie dużo uczniów na świecie tak mówi
~em. ks. prof. zw. dr hab. inż. arch. lek. med. Walenty Kwiczoł 4-10-2008 20:12
Co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem. Temat szkoły to temat frapujący, kontrowersyjny, niemiły, trudny, fascynujący, wieczny, konfliktogenny, nierozwiązywalny... Długo by można wymieniać. Badania socjologów dotyczące polskiej szkoły nie napawają optymizmem. Większość uczniów nie lubi swoich szkół. Chodzą do nich, bo muszą. I wydaje się, że wcale w tym względzie nie idzie ku lepszemu. Oczywiście pojawia się pytanie zasadnicze: Kto jest temu winien? Choć ja przeformułuję je w podobne, ale wg mnie sensowniej postawione: Co jest tego przyczyną? Może najpierw napiszę dlaczego nie lubię pisać o "winie". Przyczyna jest dość prosta - takie postawienie sprawy generuje więcej chaosu niż odpowiedzi. Bo pierwsza odpowiedź na pytanie o winę narzuca się sama - oczywiście nauczyciele! - Są przecież niefachowi, leniwi, mało zaangażowani. Tylko że jak się bliżej przyjrzymy sprawie, to pojawią się rysy na tym prostym wytłumaczeniu. Po pierwsze jeśli brakuje im fachowości, to pytanie można zadać: A kto ich tak kiepsko nauczył fachu nauczycielskiego? - Więc może winne są szkoły wyższe? Ale szkoły wyższe tez działają w jakimś środowisku - brak pieniędzy, otoczenie prawne - jakie jest. A do tego dochodzi kwestia ustalonych zwyczajów w naszym Społeczeństwie. A społeczeństwo? Jest jakim go ukształtowała ewolucja, tradycja, geny ludzkie... Dlatego osobiście uważam, że powód opisywanego stanu rzeczy jest inny. Wynika on z tego, że tradycyjna szkoła już się przeżyła. Nauczanie w stylu klasowo - lekcyjnym, to po prostu marnowanie energii uczniów. W dobie Internetu, multimediów wysiadywanie godzinami na lekcji, na których nauczyciele odpytują, czasem coś wykładają, czasem dyskutują powinny być ograniczone (choć nie twierdzę, że całkiem zlikwidowane) i w dużym stopniu zastąpione innymi formami. Nauczyciel powinien być raczej animatorem, pomocnikiem w nauczaniu, a nie osobą skupiającą na sobie uwagę dużej grupy uczniów. Bo zastanówmy się nad CELAMI i zaletami układu klasowo - lekcyjnego: 1. Główną zaletą układu nauczyciel - klasa - uczniowie była w dawnych czasach EKONOMIA. Dzięki takiemu ustanowieniu nauczania jedna osoba (opłacana za czas poświęcany pracy) była w stanie nauczyć znaczną grupę uczniów. Wykładając problem dla grupy, nauczyciel dociera na raz do wielu osób. Problem w tym, że w dobie środków masowego, szybkiego komunikowania się stary układ przestał być optymalny - i to z dwóch (przeciwstawnych...) powodów: z jednej strony można go byłoby wykorzystać dla jeszcze większej grupy uczących się - np. nagrywając wykład i udostępniając dla milionów słuchaczy. Z drugiej strony mówienie tego samego do różnych osób nie pozwala na indywidualizację nauczania. 2. Uczniowie spotykają się, uczą się działania w grupie. Tutaj też jesteśmy daleko od dobrego wykorzystania. Bo w przypadku statycznego wykładu i tak to współdziałanie" w pozytywnym sensie ogranicza się do siedzenia cicho, nie przeszkadzania. A jeśli już naprawde chcemy kogoś wdrażać do działania w grupie to dlaczego by nie wykorzystać pełni środków współczesnego przekazu (bycie online, komunikatory, spotkania w mniejszych grupach, organizowane adhoc). 3. Poprzez przymus szkolny można "zapędzić" do nauki (i kontrolować) również tych, którzy z własnej woli nie chcieliby się uczyć, a przez to duża część członków społeczeństwa pozostałaby funkcjonalnymi a...lfabetami we współczesnym świecie. Tę zaletą nauczania szkolnego uważam za ciągle za aktualną. Problem w tym, że w odniesieniu do wielu uczniów nie ma ona zastosowania - przynajmniej w odniesieniu do, którzy chcą i umieją uczyć się samodzielnie. 4. Tworzy się środowisko koleżeńskie. To dalej jest aktualne. Choć nie jestem przekonany, czy nie lepiej byłoby realizować tego celu głównie w odniesieniu do wybranych lekcji (sport, nauki humanistyczne, gdzie dużo się dyskutuje na tematy ogólne), a można by ten aspekt uwolnić w odniesieniu do zajęć/treści, gdzie i tak dyskusje są rzadkie. Dlatego uważam, że dobre nauczanie, nauczanie na miarę współczesnych czasów powinno odchodzić od przymusu wysiadywania na lekcjach w sztywnych godzinach sporej grupy osób. Można te same cele realizować efektywniej - dzięki wykorzystaniu Internetu, przy bardziej luźnej strukturze, wymuszając nie tyle skupianie się na treściach powtarzanych setki razy przez tego samego nauczyciela do kolejnych grup uczniów, a twórcze korzystanie z bogactwa jakie daje nam dostęp do najlepszych, zindywidualizowanych i ciekawie opracowanych źródeł wiedzy. Warto w większym stopniu wykorzystać komputer - w formie środka komunikacji, symulatora zjawisk, czy w postaci gier edukacyjnych. Ogólnie - jestem przekonany, że duża część frustracji uczniów wynika z faktu, że czują oni BEZSENS wysiadywania w dusznej izbie lekcyjnej, w przeładowanych liczebnie klasach słuchając przekazów, które nie są do nich zoptymalizowane (bo nauczyciel z konieczności kieruje swój przekaz tylko do pewnej średniej/zawężonej grupy uczniów). I chyba mają tutaj rację... Coraz częściej docierają do mnie artykuły, głosy osób, notki prasowe poświęcone nauczaniu odbywającemu się bez pośrednictwa szkoły. Ostatnio przeczytałem ciekawy artykuł z "Dziennika Łódzkiego" (17,18 czerwca 2006) poświęcony uczniowi, który do szkoły chodzi z rzadka, a uczy się głównie w domu. I podobno wyniki nauczania ma bardzo dobre. Artykuł ma tytuł "Przemek jest duchem". Nasuwa on kilka pytań: Czy polska szkoła, jest tak nieefektywna, że może lepiej byłoby całkiem z niej zrezygnować? A może szkoła i system szkolnictwa w Polsce są dobre, tylko ten przypadek jest wyjątkowy? Moim zdaniem - prawda jest pośrodku. I "odpowiedź uzasadnię"... Nauczanie szkolne (nie tylko w Polsce) ma wiele wad. Z punktu widzenia efektywności nauczania podstawową jest moim zdaniem fakt, że w typowej sytuacji w szkolnej klasie zgromadzona jest grupa osób o dość sprzecznych potrzebach, zainteresowaniach, ambicjach. Podręczniki dydaktyki skupiają się na metodach nauczania, a tymczasem podstawowy problem szkoły to nie tyle kwestie jak nauczyć (np. twierdzenia Pitagorasa), tylko jak zmusić niesforną czeredę, żeby w ogóle chciała słuchać nauczyciela. I efekt jest taki, że każdy nauczyciel większość swojej energii nie poświęca nauczaniu, a utrzymywaniu porządku, dyscyplinowaniu. Właściwie przekazywanie wiedzy jest gdzieś nieco z boku głównej działalności - wymuszaniu minimum skupienia, porządku, uwagi. W tym kontekście jasne jest, dlaczego odpowiednio zmotywowany uczeń, ucząc się sam, jest w stanie osiągnąć znacznie lepsze wyniki, niż biorąc udział w zajęciach szkolnych. Jeśli uczeń ten ma jeszcze pomoc odpowiednio wykształconego rodzica, czy korepetytora, to zwykle efektywność szkolną jest w stanie "pobić na głowę", ponieważ i tak z 45 minut lekcji efektywnego nauczania można wykroić niewielki procent. Do tego jeszcze dochodzi kilka elementów dodatkowych pogarszających wyniki nauczania - kiepskie podręczniki (a niestety, nie dorobiliśmy się naprawdę dobrych podręczników), niedokształceni albo leniwi nauczyciele, chuligaństwo na przerwach i w drodze do szkoły (nie wspominając już np. o mitrędze dalekich dojazdów do szkoły). Wszystko to razem powoduje, że umiejętnie ucząc się samem można osiągnąć znacznie lepsze wyniki, niż korzystając z metod tradycyjnych. Mimo tego co napisałem wyżej, sam nie jestem zwolennikiem jakichś drastycznych posunięć - np. zupełnej likwidacji szkoły. A powodów jest tu kilka. Przede wszystkim szkoła (nawet w takiej postaci jak teraz) osiąga przynajmniej jedno - jako tako wyrównuje poziomy edukacyjne, dając szansę tym, którym edukacja potrzebna jest najbardziej - dzieciom z rodzin biednych, zaniedbanych, dzieciom rodziców słabo wykształconych. Oni samodzielnie nie poradziliby sobie ze zorganizowaniem nauczania, a często w ogóle zlekceważyliby tę kwestię. Dlatego, dzięki temu, że dziecko "musi" chodzić do szkoły, mamy w kraju większość obywateli, którzy przynajmniej jako tako umieją posługiwać pieniędzmi, podpisywać umowy, czytać instrukcje - słowem są w stanie w ogóle funkcjonować jako obywatele i pracownicy. Poza tym, dzięki szkole, gromadzącej różnych ludzi, młody człowiek uczy się współpracy, działania w grupie, uczy się porównywać własne zachowania i emocje z tym, co prezentują jego rówieśnicy, czy (inne niż rodzice) osoby dorosłe. To się rzeczywiście liczy. A przecież żaden nowoczesny kraj nie może sobie pozwolić na posiadanie obywateli a...lfabetów. Jestem przekonany, że rezygnacja ze szkoły jest, przy dzisiejszych realiach, utopią. To się nie uda. Jednak... Już aktualnie można naprawdę niemało zrobić, aby wymusić na polskim systemie edukacyjnym zmiany na lepsze. Nauczanie domowe dobrze wpisuje się w nurt tych przemian. Powodem jest fakt, że wymusza ono spojrzenie na nauczanie nie tylko od strony samego faktu odbywania nauki, ale również od strony wyników. Bo skoro mamy szkołę zaliczyć komuś, kto uczy się sam, to powinniśmy móc jakoś stan jego wiedzy sprawdzić. Musimy więc ustalić NIEZALEŻNE KRYTERIA OCENY STANU WIEDZY UCZNIA. To bardzo ważne, bo powoduje przestawienie celów działalności szkoły - nastawienie na wyniki nauczania, a nie na sam fakt, że tyle to tyle godzin określona liczba młodych osób w szkole przesiedziała. Bo do tej pory właściwie główną motywacją szkół do podnoszenia jakości nauczania jest prestiż - jeśli w szkole są lepsze wyniki z testów końcowych, to szkoła jest "lepiej widziana". Wg mnie to za mało, gdyż taki układ owocuje m.in. tym, że nauczycielom bardziej opłaca się tkwić w rutynie, niż wysilać się na poprawę swojej pracy (oczywiście wiem, że ocena pracy nauczyciela nie jest sprawą prostą - wyniki nauczania tylko w pewnym procencie są zależne od jego wysiłku i fachowości). Jestem przekonany, że w kwestii poprawy wyników nauczania najwięcej można by osiągnąć metodami "miękkimi" - czyli właśnie dopuszczając alternatywne metody uczenia się, przy (Uwaga! To bardzo ważne!!!) ścisłym egzekwowaniu obiektywnych metod sprawdzania wiedzy. Bo słaba efektywność nauczania jest w dużym stopniu związana z tym, że do nauczycieli przychodzi się nie tyle po wiedzę, co po samo zaliczenie. I uczniowie (oraz ich rodzice) często więcej wysiłku wkładają w zmuszenie pedagoga do lepszego potraktowania ich wiedzy, niż poprawienia stanu tej wiedzy. Niezależne, obiektywne testy (jak najczęstsze) zmieniłyby sytuację diametralnie - uczeń sam by się "prosił" o lepsze nauczanie, byle tylko ostatecznie osiągnąć lepszy wynik końcowy (oczywiście nie zadziała to w odniesieniu do uczniów całkowicie nie zainteresowanych swoją edukacją, ale tu trzeba zastosować jakieś metody uzupełniające). Na szczęście ostatnio wyraźnie pewne kroki w tym kierunku - mamy już jednolitą w całym kraju maturę. Mamy testy kompetencji po każdym dużym etapie nauki. Teraz pora na obiektywne testy wiedzy po każdym semestrze... W takim układzie - nastawionym na wyniki - naturalne jest dopuszczenie nauczania alternatywnego - czy to domowego, czy w szkołach internetowych, prywatnych, nawet na kursach. Wielu uczniów mogłoby obyć się bez szkoły - jeśli tylko byliby w stanie nauczyć się tego co jest wymagane. A takie ścisłe określenie wymagań ma też duże znaczenie dla czysto szkolnego stylu edukacji. Polski rynek podręczników szkolnych to wyjątkowy przykład negatywnego elementu polskiego systemu edukacji. W sposób naturalny wyewoluował on w kierunku nie tyle poprawy wyników nauczania, co zapewniania zysków wydawcom. Mamy więc podręczniki od strony merytorycznej nijakie, średnie, często słabe, ale za to pięknie wydane i drogie. A do tego system ich dystrybucji jest nakierowany na wydawanie pieniędzy przez rodziców, a nie wspomaganie zdobywania wiedzy. Przykład - wydawcy pakują w jeden pakiet zasadniczy podręcznik i zeszyt ćwiczeń. Teoretycznie można by było użyć podręcznika używanego, ale wtedy w zestawie brakuje zeszytu ćwiczeń. A tego oddzielnie kupić się nie da... I tak sobie wydawnictwa drenują kieszeń rodziców. Jeśli chodzi o jakość merytoryczną podręczników, to moją ocenę (myślę, tu głównie o podręcznikach do fizyki, bo na tym temacie się znam najlepiej, ale nie tylko o nich...) można by streścić w stwierdzeniu "para w gwizdek". Mamy książki błyszczące z ładnymi ilustracjami. Przyjemnie jest wziąć je do ręki w księgarni. Gorzej idzie się z nich uczyć... Kwestia podręczników opisane w poprzednim podrozdziale wyraźnie pokazuje, że wymuszenie poważniejszych zmian w systemie oświaty nie będzie łatwe. Bo kto właściwie jest zainteresowany obecnością w polskiej edukacji tanich (ale dobrych!) podręczników? - wydawcy? - raczej, na samym końcu, bo kto chciałby ograniczyć sobie zyski?... - nauczyciele? - niestety, zbyt wielu z nich dopiero z podręczników uczy się tego, co mają przekazywać swoim uczniom. Wiec jak jak mają zadecydować co jest lepsze, a co gorsze, skoro nie mają wystarczającego porównania? Oczywiście ambitni dobrzy nauczyciele byliby w stanie sobie poradzić z podręcznikową drożyzną i nijakością, ale "masa" nie będzie miała odwagi domagać się zmian na lepsze (a poza tym, przecież to nie oni płacą za podręczniki uczniów, tylko rodzice...) - ministerstwo? - tego bałbym się najbardziej i urzędników dopuściłbym do decyzji o zmianach na samym końcu. Bo prędzej coś zepsują, niż naprawią - wszak działać umieją głównie za pomocą ograniczeń biurokratycznych... - rodzice?... - teoretycznie są to główni zainteresowani, więc można by na nich liczyć. Problem w tym, że większość z nich nie zna się na tym jakie powinny być podręczniki dla ich dzieci i jak powinna działać szkoła. A tam gdzie każdy myśli coś innego, trudno jest skoordynować jasne stanowisko. Co mogłoby więc zmienić aktualny stan rzeczy? - ja stawiałbym na pluralizm i Internet. I oczywiście np. Fizykon... ale w tym ostatnim pewnie do końca nie jestem obiektywny... W ostatnich latach, w kręgach edukacyjnych dość modne stało się pojęcie "szkoły bezstresowej". Sam pomysł wynikł historycznie z inicjatywy idealistów, którzy chcieli uczynić szkołę miejscem, gdzie nie ma niepotrzebnego stresu - czyli bez nadmiernego rygoryzmu, przesadnych kar, czy wrogiej wobec ucznia atmosfery. Faktycznie, wiele tradycyjnych szkół opierało się na modelu nauczyciel - to Pan Władca Absolutny, a uczeń - ma cicho siedzieć i nie wychylać się. W takich szkołach dość rozbudowany był aparat represji względem uczniów, a całość działała w oparciu o zasadę bezwzględnego autorytetu pedagogów. W takiej szkole uczniowie byli stresowani niepotrzebnie, niesprawiedliwie. Niestety, jak to z wielu słusznymi inicjatywami bywa, spora grupa osób wprowadzających nowe idee dokonała "przeholowania" w przeciwną stronę. Niejedna szkoła bez stresu ze skrajności w rodzaju "uczeń nigdy nie ma racji, jeśli nie zgadza się z nauczycielem" wpadała w drugą - w stylu "uczeń ma zawsze rację". Albo przynajmniej w postawę obarczania nauczycieli całą winą o wszystko co się złe w szkole dzieje. Pojawił się przy tym obłędny mit nauczyciela "superfachowca", który bliżej nieokreślonym sposobem, jakąś tajemną mocą jest w stanie zażegnać wszelkie problemy szkolne bez uciekania się do jakiejkolwiek formy presji, kar, czy nawet stresującego nacisku. Ów wyidealizowany nauczyciel miałby mocą swojej fachowej przemowy umieć powstrzymać rozwydrzonego chuligana, wiecznie przeszkadzającego dowcipnisia, czy każdego innego szkolnego rozrabiakę. W sukurs idealistom poszły też niektóre kuratoria, które domagają się od nauczycieli i dyrekcji szkół "profesjonalnego postępowania", czyli załatwiania wszelkich problemów szkolnych szybko, prosto i elegancko, czyli "bezstresowo", a dodatkowo wszelkie konflikty rozstrzygają na niekorzyść pedagogów. Problem w tym, że taki nauczyciel superprofesjonalista, to nowe (edukacyjne) wydanie mitu o supermenie. Kompletna utopia. Przeciętny nauczyciel staje często przed przepełnioną klasą, gromadzącą często uczniów z bardzo różnych środowisk, wychowywanych też bardzo różnie (czasami w ogóle "nie wychowanych") i ma 45 minut na przekazanie wiedzy, która w przyszłości pewnie powinna się przydać. Jedni nauczyciele faktycznie mają talent oddziaływania na grupę i całkiem nieźle sobie z nią radzą (co nie jest trudne, jeśli trafi się grupa uczniów jako tako zdyscyplinowanych). Inni ratują się budując autorytet groźbą, jeszcze inni łagodnością i prośbą (co bywa zawodne w odniesieniu do części urwipołciów), większość i jednym, i drugim. Niektórzy nie radzą sobie wcale - bo np. są osobami łagodnymi i mało agresywnymi, pozbawionymi umiejętności wywierania presji, a trafiła im się grupa wyjątkowo niepoprawna, lub np. jest w niej jeden lub kilku osobników silnie zaburzonych emocjonalnie. Ale za wszystko co będzie złe, ideolodzy bezstresowej szkoły obarczą nauczyciela. Bo przecież powinien powstrzymać każdą nieprawidłowość za pomocą odpowiedniego oddziaływania. On powinien znać psychologię i socjologię i zawsze mieć metodę, którą załatwia się problemy. Niestety - psychologia i socjologia nie zna uniwersalnych metod radzenia sobie z trudną młodzieżą. Bo zapewne takich metod w ogóle nie ma. Są pewne luźne wskazówki, ale radzić musi każdy sobie sam. Tak jak umie. Dlatego marzenie "o naprawdę profesjonalnym nauczycielu" jest nieziszczalne. Próba postępowania opierającego się na założeniu, że ów mit stał się faktem i teraz każdy nauczyciel potrafi sobie poradzić ze wszystkim, prowadzi w ślepą uliczkę. Dziś (m.in. dzięki bezkrytycznemu propagowaniu szkoły bezstresowej) w wielu szkołach nauczyciele zeszli do defensywy i unikają twardego i jasnego wyrażania poglądów. W rezultacie objawia się druga strona takiej polityki - miejsce po autorytecie "złych" nauczycieli zajął autorytet (chyba też nie całkiem "dobry"...) przywódcy grupy młodzieżowej - kolegi, który imponuje swoim "luzem" i olewactwem, a czasem wręcz szefa młodocianego gangu. Niestety, jest to zwykle autorytet bardziej niebezpieczny i gorszy, niż ten pochodzący od - nawet tego zbyt ostrego - nauczyciela. Może więc warto przestać marzyć o szkole bez stresu. Stres życiowy prawdziwie i definitywnie kończy się dopiero po złożeniu ciała w cichym i zacisznym miejscu z krzyżami i nagrobkami. Miejscu położonym kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. A dopóki żyjemy - dopóty będziemy musieli ze stresem walczyć. Nasze dzieci też. W szkole też. Bo np. w żaden sposób nie da się bez stresu poinformować np. że: Szkoła jest kawałkiem życia - z jego wszystkimi zaletami i wadami - z istniejącym stresem, problemami, nieporozumieniami, błędami. W szkole - tak jak w życiu - trafia się niesprawiedliwość, poczucie krzywdy, zawodu, porażki. Odnosi się to zarówno do uczniów, jak nauczycieli i dyrekcji. Takie jest życie i inne nie (chyba) będzie. Dlatego proponuję przestać walczyć o szkołę bezstresową, a zacząć dopominać się szkoły sensownie zorganizowanej, ludzkiej, komunikatywnej, skłonnej do współpracy. Szkoła bezstresowa - nawet jeśliby gdzieś powstała - byłaby najbardziej krzywdzącą uczniów instytucją edukacyjną. Bo po kilku latach spędzonych w takim wychuchanym, idealnym środowisku uczeń i tak musiałby, kompletnie nieprzygotowany, zmierzyć się z RZECZYWISTOŚCIĄ. Taką jaka ona jest naprawdę. A jaka jest - każdy widzi... Jak przeczytałem w informacji portalu Onet jedna z angielskich uczennic skarży swoje miasto przed sądem, że nie potrafiło uchronić jej w szkole przed prześladowaniami rówieśników. Z jednej strony człowiek myśli sobie: teraz to już skarżą o byle co (słyszałem, że ktoś w Ameryce dostał odszkodowanie za to, że nie było napisane na opakowaniu produktu, że toż właśnie opakowanie jest niejadalne...), jednak z drugiej strony, to w jakimś stopniu tę uczennicę popieram. W końcu skoro obowiązek szkolny istnieje, to dlaczego władze nie zapewniają bezpieczeństwa osobom ten obowiązek wypełniającym... I chciałbym nawet, aby tego rodzaju praktyki sądzenia się z władzami uległy rozszerzeniu. Najlepiej również na Polskę. Jako były nauczyciel szkolny (aktualnie zajmuję się edukacją przez Internet), jestem zdania, że w wielu krajach ideologia nierealnej pedagogiki wiele w branży edukacyjnej napsuła. Ostatecznie fundamentaliści polityczno - edukacyjnej poprawności zmontowali system, w którym najlepiej żyje się łobuzom i cwaniaczkom, a najtrudniej tym normalnym i uczciwym - zarówno jak uczniom, jaki i nauczycielom. Nauczyciel, kontrolowany przez rozmaite gremia oświatowe, ma związane ręce w swoich wysiłkach zapewnienia porządku i poszanowania zasad kultury. Jak coś jest źle, to winien jest właśnie on. Jeśli nie ma udokumentowanych wszystkich trudnych i kontrowersyjnych działań jakie nieraz musi podjąć, to czekają go poważne konsekwencje dyscyplinarne. Jak uczeń poskarży o niedopatrzenia proceduralne (np. nie został poinformowany odpowiednio wcześniej o zamiarze wystawienia oceny niedostatecznej), to nauczyciel jest winien (nie ważne jest to, że sam uczeń w ogóle nie pojawia się ostatnio w szkole...). Nauczyciel jest rozliczany z każdego nieostrożnego słowa, jest pod nieustanną presją ze strony uczniów, rodziców, dyrekcji (na szczęści w sporej części szkół dyrekcja jednak wspiera swoich nauczycieli), a z drugiej strony ponosi pełną odpowiedzialność za porządek na lekcji, w szkole. Nie może zareagować adekwatnie na sytuacje gnębienia jednych uczniów przez drugich, bo przy mocniejszym wystąpieniu okaże się zaraz, że powinien to zrobić bardziej "profesjonalnie" - tak łagodniej, czyli pewnie "siłą i godnością osobistą". Tyle, że takich geniuszy godności osobistej, którzy są w stanie groźną miną opanować ekscesy młodego bandyty nie jest, niestety, wielu. I można się zżymać, że ci nauczyciele tacy dzisiaj kiepscy, że kiedyś to nauczyciel poskramiał niepokornych samych ostrzegawczym chrząknięciem, ale rzeczywistość jest taka jaka jest - tzn. nauczyciele są po prostu normalnymi ludźmi. Niestety, faktu że nauczyciele są zwykłymi ludźmi, nie chcą uwzględnić decydenci tworzący zasady działania branży oświatowej. Wciąż nie dopracowano się żadnych dobrych metod działania z falą i bandytyzmem młodocianych, wciąż kilku nastoletnich obwiesi może terroryzować całą szkołę. Oczywiście, póki szkoła ma do czynienia z rozsądnymi, kulturalnymi młodymi ludźmi, póki jest szansa dogadać się z ich rodzicami, dopóty wszystko (również w aktualnych warunkach prawno - administracyjnych) w miarę dobrze funkcjonuje. System zaczyna się "sypać" zaczyna się w sytuacjach trudnych - w obliczu młodzieżowych gangów, młodocianych handlarzy narkotyków, czy zdemo...lizowanej "złotej" młodzieży "lejącej z góry" na wszelki napomnienia nudnego belfra. I co ma wtedy zrobić nauczyciel? - Rozpłakać się?... Samodzielnie założyć sobie na głowę kosz na śmieci?... No może trochę przesadzam. W rzeczywistości, czyli w typowych warunkach, rzadko który nauczyciel da się tak skołować swoim podopiecznym, że dojdzie do absolutnie dramatycznych zdarzeń. Może przecież po prostu odmówić prowadzenia lekcji, poinformować dyrektora, rodziców, radę pedagogiczną. Problem zaczyna się wtedy, gdy w szkole pojawi się odpowiednio duża grupa część młodzieży patologicznej - na taką młodzież łagodne praktyki wychowawcze już nie działają. Przenoszeni z klasy do klasy, ze szkoły do szkoły - wciąż sprawiają podobne kłopoty, wciąż krzywdzą rówieśników, nie respektują podstawowych zasad współżycia społecznego. I w takich przypadkach trzeba by działać już zupełnie inaczej - przede wszystkim bardziej skutecznie. Niestety, dominujący nurt ideologów utopijnej pedagogiki najwyraźniej wychodzi z założenia, że się jakoś to "rozejdzie po kościach", że dobrzy uczniowie swoim przykładem naprawią tych zaburzonych emocjonalnie. Tylko że to nie działa. Prawie nigdzie. Bo prędzej ci źli zgnębią i zepsują swoich kulturalnych rówieśników, niż traktowane z pogardą "kujony" spowodują przemianę łobuzów w grzecznych uczniów. I wygląda na to, że nic się nie da zrobić. Chyba że.... - Chyba że właśnie ileś spraw sądowych względem władz gminnych czy oświatowych o nie zapewnienie bezpieczeństwa godziwych warunków nauki zmusi w końcu odpowiedzialne osoby do minimum rozsądku. Gdy ktoś wreszcie będzie musiał zapłacić pieniądze, to może pomyśli nad sposobami naprawy sytuacji. Innej szansy nie widzę... Dziś komentarz - esej niemal apolityczny. Za to z ulubionej przez autora witryny działki - edukacji. Rzecz będzie o edukacji nowego rodzaju - o naprawdę nowoczesnej edukacji. Większość powie - nuda. Wszak szkoła (z męskiej perspektywy patrząc) jest fajna tylko od strony spotkań kolegów z okazji piwnych wagarów i erotycznie podbarwionych kontaktów z płcią bardziej sympatyczną... Dla autora jednak edukacja jest ciekawa z wielu innych powodów, a dodatkowo jest w tym jeszcze jeden aspekt - biznesowy. I to poważnie biznesowy. Więc do rzeczy. Jakiś czas temu kupiłem książkę amerykańskich autorów pt. "Rewolucja w uczeniu". Książka jest pisana w stylu silnie amerykańskim i marketingowym (dla mnie właściwie aż za silnie) - odnoszę wrażenie, że w tym tekście zatraca się granica między stwierdzaniem faktu, a reklamą tych stwierdzeń - rzucają się w oczy hasła pisane wielkimi literami na całej stronie, dominują mocne oznajmujące zdania i proste recepty. Jak dla mnie - za proste. I chyba za nachalne. Z drugiej strony jednak - zdaję sobie sprawę, że taki jest ten dzisiejszy świat - wymaga prostych zdań, wpadających w ucho sloganów. Może tak będzie wyglądać mowa następnych pokoleń? Może przyzwyczaimy się do czatowych skrótowców, wszechobecnych określeń angielskojęzycznych w stylu "cool, "funny", "trendy"?... Może?... Myślę, że wszystko ku temu zmierza. Jednak ja wierzę jednocześnie, że życie wymusi różnorodność. Wszak nie wszystko da się uprościć i ubrać czaderskie hasła. Wierzę też, że również w świecie który nadchodzi, pojawią się style edukacyjne w bardzo różnych wydaniach - reklamowo - hasłowym, czyli uproszczonym - dla niezbyt zaawansowanego odbiorcy. Ale będzie także styl wyważony, spokojny, gdzie każde słowo znaczy - to co znaczy, czyli bez konieczności dowiązywania mu emocjonalnego ciężarka, czy balonika z helem. Bo upraszczanie spraw, umieszczanie ich w silnie emocjonalnym otoczeniu bardzo często zakłamuje istotę, bo pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się przekazać "cool", bo są pewne prawdy i mechanizmy, które muszą być przepracowane - żmudnie, ciężko, z bólem głowy i karku. Ale pewnie też dlatego zawsze będzie elita tych którzy więcej rozumieją, którzy widzą dziesięć poziomów emocji, tam gdzie większość dostrzega zaledwie trzy. I będzie też nowa edukacja z prawdziwego zdarzenia. O dwa poziomy lepsza. Skuteczniejsza. To nie takie trudne. Gdy patrzę na możliwości jakie wykorzystują dzisiejsze podręczniki, czy metody dydaktyczne, to żal człowieka ściska... Widać całe wielkie obszary niewykorzystanych możliwości. A przecież... wystarczy sięgnąć ręką. W dobie komputerów i Internetu można nauczyć ludzi tego samego 2 - 3 razy szybciej. I lepiej. Państwa i organizacje, które to zrozumieją i wprowadzą w życie wynikające stąd wnioski, będą miały ogromną przewagę nad resztą świata. Bo przyjrzyjmy się co tak naprawdę limituje lepszą jakość życia i pracy - technologia? - ona sama to może połowa. A prędzej jedna trzecia. W końcu z możliwości edytora Word przeciętny użytkownik stosuje 5%, większość osób nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę potrafi ich telefon komórkowy. A przecież tym co naprawdę ważne w pracy biznesmena, czy fachowca z prawdziwego zdarzenie, to dostęp do rzetelnej informacji, a do tego podanej w sposób maksymalnie przystępny. Dla tych specjalistów, których godzina pracy kosztuje dziesiątki dolarów, nie liczy się cena za informację (oczywiście mówimy o ogólnie "rozsądnych" cenach), tylko czas w jakim ta informacja będzie mogła "zapracować" i na ile będzie można na niej polegać. Dlatego prorokuję (to jest dopiero to główne proroctwo na dzisiaj): Firmą nowych czasów, firmą nowego świata będzie... WYSZUKIWARKA INTERNETOWA GOOGLE!!! Nie tam żaden Microsoft, nie ten czy wielki "teleokom". Już dziś, jak się czegoś nie wie, to się idzie poguglować, A nadejdą czasy, gdy guglować będziemy po wszystko - gdzie kupić bułki, w jakim mieście urodził się Napoleon i czy warto inwestować w obligacje rządu Rodezji. Google zaś przestanie po prostu wyrzucać nam nawał stron witryn internetowych o bardzo zróżnicowanej użyteczności, lecz opracuje dla nas metody odpowiedzi na pytania. Po prostu - będzie prawie tak jak z odpowiedzą fachowca. Choć może odpowiedzi na pewne szczególne pytania będą, albo płatne, albo limitowane dla wybrańców. Z resztą Google już został wybrany firmą roku. Tyle że mało kto wie, że tak naprawdę jest to firma stulecia... A wracając na koniec do zacytowanej wcześniej książki. Mimo swojej przerysowanej maniery wypowiedzi, nie była ona głupia - też wieszczy to samo co ja w tym eseju - początek nowej ery - ery wiedzy i edukacji. Długo milczałem, ale w końcu zakwiczałem...
~Pedagog 4-10-2008 21:15
Wszystko to prawda. Ale czy za taki stan rzeczy należy winić nauczycieli? Przecież oni są tylko pionkami w grze. Oczywiście są i tacy, którzy jak najszybciej rzucają dziennikiem i gnają w swoje. Nieprzemyślana reforma z 1999 roku, brak fundamentu, więc o czym tu mowa. A do tego szybko gnający nie wiadomo dokąd świat (także ten wirtualny).
~Oliwer_Kubicki 4-10-2008 21:46
Szanowni Państwo! Na moim blogu pozwoliłem sobie szerzej zaprezentować mój pomysł z ankietami. Nie chodzi w nim bowiem o to, by wskazywać w ankietach nauczycieli, których uczniowie nie lubią. Jeśli są Państwo zainteresowani propozycją zapraszam na www.ok-jg.pl Z poważaniem Oliwer Kubicki P.S. Pozdrawiam wszystkich dzisiejszych uczestników!
tomirex 4-10-2008 22:17
Szkołę tworzą i kształtują uczniowie oraz kadra nauczycielska. Jest zrozumiałe, iż nauczyciel uczący w szkole więcej niż kilkanaście lat jest "wypalony zawodowo" i naucza często "mechanicznie" jednak musi pracować jak każdy aż do osiągnięcia wieku emerytalnego (Rząd likwidując przywileje emerytalne zmusił ich pracy mimo sił, wiary, chęci). Uczniowie nie są niewinni. Za wyjątkiem kilku osób w klasach maturalnych i 1-3 w technikum cała reszta nie ma ŻADNEJ wewnętrznej energii, chęci, determinacji i sumienności w nauce. Wszyscy chcą zdać"byle na mierną, byle zaliczyć, bez wysiłku, z wygłupami" Nie widać zaangażowania i szacunku dla pracy nauczyciela, jego ciągłych starań, aby coś w głowach podopiecznych zostało, kiełkowało na przyszłość. Chcą wszystko nie dając z siebie nic. I to jest właśnie smutne.
~Krasnal 4-10-2008 22:21
Źle to sie dzieje, ale w samej wiosce Jelenia Góra. Kończysz szkolke i o pracy mozesz se pośnić, chyba, że wyjedziesz na Wyspy :P
~Hava do Kwiczola 4-10-2008 23:18
I przeczytalem kazde slowo i w 99% masz racje .Zakwiczales i masz racje . Popieram tym razem w 100 % . Pozdrowienia .
~do O.Kubicki 4-10-2008 23:40
A może pomoże pan i mobbingowanym nauczycielom, którym każe się pracować za darmo n godzin? Przeczytałem propozycję na pana stronie, i widzę, że ... wie Pan niestety niewiele o zawodzie nauczyciela. Może warto poznać drugą stronę medalu?
obiektywny 5-10-2008 0:41
do p. Kubickiego. uwazam iz pana obecny pomysl jest kolejnym atakiem spoleczenstwa na srodowisko nauczycielskie. zdecydowanie nie zgadzam sie z pana pomyslem!
~Autor: (gość portalu) Zaloguj się 5-10-2008 1:26
Szacunek dla nauczycieli? Rozumiem, ale dla tych ktorzy nie naduzywaja swojego stanowiska, a takich malo.
~Oliwer_Kubicki 5-10-2008 11:26
Szanowny Panie/Pani nie mogę się zgodzić. Jestem nauczycielskim dzieckiem i o zawodzie wiem wiele... Oczywiście nie będę udawał, że oświata nie ma problemów i że nauczyciele są zawsze traktowani fair. Moja propozycja to próba rozwiązania jednego wycinka szkolnych trosk. Od czegoś jedna trzeba zacząć.
~ja wszystko wiem... 5-10-2008 12:56
szacunek dla nauczycieli - owszem, ale tylko dla tych, którzy starają się cos robic na lekcjach i przekazac wiedze... a nie dla tych, którzy przyjdą, usiądą i każą komuś z klasy podyktowac notatke z książki... po co to przepisywac?!
~były uczeń 5-10-2008 13:23
za naszych czasów programy były przeładowane teraz leci ci sie także z programem nauczania nie utrwala sie tego. tornistry u pierwszoklasisty wazą 5 kilo a my chcemy aby 5 latkowi i 6 latkowie do szkoły chodzili tylko kto te tornistry bedzie im nosił ? za naszych czasów było poszanowanie do nauczyciela jaki by nie był a teraz rodzice decydują co nauczycielowi mozna a co nie -co za duzo demokracji to tez źle .Dokad zmierzamy polska edukacjo?
~pawels 5-10-2008 13:38
Oliwer, pomimo tego, że niezbyt przepadam za twoimi 'nowinkami', twoj pomysl bardzo mi sie spodobal ! Nie rozumiem dlaczego ludzie (a zapewne głównie nauczyciele) się mu sprzeciwiają. Nauczyciele dobrze uczący nie mają się przecież czego bać !
~asia o 5-10-2008 14:37
jaki żal
~Obserwator II 5-10-2008 17:06
Przypomnę w tym momencie i w tym miejscu, że w Jeleniej Górze już wiele lat temu, w środowisku związanym z ówczesnym posłem UW Marcinem Zawiłą, urodził sie wprowadzony potem do prawa oświatowego- zapis dotyczący opiniowania przez młodzież ocenianego nauczyciela. A więc panie Oliwierze ,to nic nowego, należy może tylko skorzystać z rozwiązań, które już ktoś kiedyś realizował.A,że nie do końca to się udało,to już inna sprawa!
~ponownie do O.Kubicki 5-10-2008 18:49
Jeśli ma Pan głowę na karku, to chyba zdaje Pan sobie sprawę, że ankiety będą i tak nie będą wiarygodne, bo jeśli jakiś nauczyciel jest wymagający (pod wieloma względami, czy to za pomocą często robionych kartkówek, ostrego oceniania itp.) to uczniowie go po prostu skreślą, tak jak i nauczyciela, który nic nie robi i karze przepisywać książki. Warto pamiętać i o tym, że system oświaty od edukacji Pana rodziców ewoluował i absolutnie nie można go porównywać do tego, co było za "komuny", a co jest teraz. PS Jeśli to prawda, że p.Laska powiedziała tak, jak to jest powyżej napisane, to znaczy że jest betonem i grzeje tylko stołek, a nie jest w stanie zauważyć problemów z jakimi borykają się poszczególne szkoły.
~jelgór 5-10-2008 18:54
Nic nowego, niektórzy nauczyciele robią sobie ankiety, zeby czuć feedback, ja swoją autorską ankietę nawet przedstawiłem dyrekcji:) Dyrektorzy w ramach nadzoru mogą zarządzić wypełnianie ankiety w ramach hospitowanych zajęć, ewentualnie samorząd może zrobić własne ankiety (tylko że każdy bada cechy, które go interesują- ankiety uczniów i nauczycieli będą różne). Dodam, że parę lat temu pilotażowo w Polsce wprowadzono system oceniania wykładowców uniwersyteckich właśnie na jeleniogórskiej AE- tak wiec pan prezydent na pewno czuje sprawę i tylko trzeba mu podpowiedzieć wprowadzenie ankiet również w szkołach, dyrektorzy mogą to wykonać, ale... jak zniosą to kiepscy nauczyciele, których jest bodaj większość? Oby znieśli to mężnie, bez strojenia fochów, angażowania związków czy strajków. To tylko ewaluacja, a nie tworzenie listy do zwolnienia:)
~J23 5-10-2008 20:21
Skoro są tacy nauczyciele (a zarazek wizytatorzy) jak pani Sawicka_Cielebak .Taki jest poziom nauczania !!!!!
~stary Kazio 5-10-2008 20:54
Same bzdury!Wprowadzcie bon oświatowy i zlikwidujcie Kartę N.-wtedy dyrektor zaopiniuje pracę nauczyciela.Teraz Dyro jest ubezwłasnowolniony przez miernych belfrów, zdemo...lizowanych rodziców i rozpuszcznych uczniów . Polska Szkoła=stocznia=kopalnia=Sł.zdrowia C.B.D.O p.s tylko idiota nie jest w stanie opanować na minumum matematyki na poziomie szkoły sredniej- to tak na marginesie- a jak pytam co to jest liczba Pi to wszyscy odpowiadają 3,14159.....
piipi 5-10-2008 22:51
~Przepraszam,..ale to w "Gazecie Wroclawskiej" przeczytalam i chcialabym dalej przekazac: "Na Dolnym Slasku mamy najmniej ambitnych nauczycieli".
~do piipi 6-10-2008 2:11
A czy Ty byłabyś ambitna za 960zł miesięcznie? Czy przygotowywałabyś się za tę sumę n dodatkowych godzin tygodniowo za darmo poza pracą? Wątpię. Nauczyciele muszą dorabiać poza godzinami, aby żywić się czymś innym niż suchymi bułkami i chińskimi zupkami. Czy wymaga się od kasjerki w Tesco bycia ambitną za grosze?
~ 6-10-2008 6:56
do p. Kubickiego Szanowny panie wywodzic sie z rodziny nauczycielskiej a byc nauczycielem to wielka roznica. Moglby pan zabierac w tej sprawie tak powazny glos gdyby faktycznie przepracowal pan w zawodzie nauczyciela chociaz kilka lat. Dzis proponuje pan jakies absurdalne rozwiazania, ktore maja na celu niby poprawe polskiej edukacji. Przepraszam, ale uwazam ze nie zna pan realiow polskiej szkoly, nigdy pan nie pracowal z klasa, nie rozwiazywal istotnych problemow wychowawczych, ktore odbywaja sie na terenie szkoly. Dlatego porponuje aby zajmowal sie pan sprawami do ktorych ma pan faktycznie odpowiednie kompetencje oraz kwalifikacje, jak sam pan stwierdzil ze nauczycielskich pan nie posiada, wiec bardzo prosze nie forsowac takich pomyslow. Kiedys mnie rodzice nauczyli aby nie zabierac sie za cos na czym sie nie znam, panu wlasnie tak doradzam... pozdr.
~Ula 6-10-2008 12:56
Ankieta dotycząca kompetencji to doskonały pomysł!! Są zawody, których pracy zmierzyć się nie da, ale taka ankieta to zawsze małe światełko w tunelu :) nauczyciele, lekarze, pielęgniarki na oddziałach... taka ankieta w wielu zawodach mogłaby sie przydać :D
~matka dyslektyczki 10-10-2008 14:19
Zgodzę się z tymi głosami, które mówia o niedostosowaniu nauczania klasowego z potrzebami uczniow. Moja cóka, gimn.,jest dyslektyczką, z uszkodzonym a...lizatorem słuchu przy doskonałym funkcjonowaniu narządu słuchu.Skutkuje to błędnymi zapisami informacji. Tymczasem większość nauczanych treści podanych jest metodą wykładu, bez angażowania innych zmysłow niż słuch. Dla niej 6 h wykłaów to ogromne obciążenie. W wieku przedszkolnym grałą w szachy i nauczyła się koncentracji, ale i tak cała harówa odbywa się w domu.Podejrzewam, że ilość tzw. czystych słuchowców nie przekracza 20 % populacji uczniów w klasie,tzn. że 80 % uczniów mających inne wiodące zmysły niż słuch, po prostu się nudzi.Dlatego podnosi się zgielłk w środowisku nauczycieli że jest całe mnóstwo orzeczeń o dysleksji, adhd i jeszcze czymśś tam. Te dzieci odbierają świat przede wszystkim innymi zmysłami niż słuch,adhd np.przez ruch. Ps. moja córka ma średnią 4,4 pomimo wszystko, pomimo dyslksji ale kosztuje ja to dodatkowo 6-8 h pracy. tj.16-14 h pracy dziennie,kto tyle pracuje?Dlatego na pewno potrzebne są jakieś systemowe rozwiązania biorące fizjologie funkcjonowania ucznia plus wykorzystanie np.internetu plus elementy tego co pisal wyżej W.Kwiczol związane z integracją mlodych ludzi ze swoim środowiskiem.Wtedy nikt nie będzie narzekał na nauczycieli,ci zaś będą wiedzieli z kim pracują i jakie są potrzeby uczniow. Przestanie się szukać winnych,, a nauczyciele zamiast ganić uczniow że leniwi, będą zastanawiać sie jak do danego ucznia dotrzeć. Czego sobie i corce i uczniom i nauczycielom winszuję,
~Rodak 10-10-2008 22:00
Czytam Wasze opinie i z pewnym zdumieniem stwierdzam że nie zauważona została grupa osób zarządzających oświatą-zarówno instytucji zarządzających jak i nadzoru pedagogicznego.Wydził Oświaty to tylko agenda UM Jeleniej G. a naczelnik to koleś kibic p.Prezydenta a w dodatku były bardzo miernej klasy nauczyciel historii.Czy taki człowiek uzależniony od głównego decydenta może stawiać mu warunki lub walczyć o finanse,czy może mieć pomysły na oświatę jeśli jest miernotą bez wizji przemian a jego przetrwanie to zasada:mierny,bierny ale wierny!?Trudno też o pozytywne opinie o paniach wizytatorkach których wiek powinien być przepustką do zasłużonej emerytury!Po prostu-świat pędzi a ich wiedza i umiejętnoSci to lata 80 XX w.Jeleniogórską i polską oświatę wykańcza kolesiostwo,trzymanie się stołka za wszelką cene i mit tzw doświadczonego pedagoga-nieważne że często miernego ale długoletniego.Nie cytuję przysłowia o rybie ale taka firma jak jej szefowie.Podsumowując-nieudaczniacy i klakierzy,czas do domciu-dajcie miejce młodszym!Wasz czas minął.Pozdrowieia dla wszystkich i uśmiechu.

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą

Czyżby Andrzej Duda?

Jednokierunkowo Zakosami na Śnieżkę

Senator zaklejał plakaty? Jest odpowiedź K. Mroza

Półkolonie z MOS–em po pierwszym turnusie

Sonda

Powstała miejska plaża nad Bobrem, czy to dobre miejce, także na rodzinny, relaks?

Oddanych
głosów
721
Tak
46%
Nie
41%
Nie wiem
13%