MenuZamknij

WIADOMOŚCI

SPORT

Teatralna „telenowela” w… blokowisku

Wiadomości: JELENIA GÓRA
Wtorek, 6 maja 2008, 8:22
Aktualizacja: 8:23
Autor: TEJO
Może Teatrowi Norwida też przydałby się mały eksperyment.
Fot. TEJO
Meblościanka jako scenografia, a spółdzielcze M–3 – jako scena. W takich warunkach i przy muzyce techno zagrają aktorzy, którzy pokażą pierwszy w Polsce spektakl opowiedziany w odcinkach.

To pomysł Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Sztuka oparta jest na historii rodziny, która postanawia wyjechać z wielkiego miasta i osiedlić się w grodzie biedaszybów. Cel: pokazanie, że nawet tam nie można poddawać się marazmowi. O eksperymencie donosi Polska Gazeta Wrocławska.

Sama idea teatru poza teatrem nie jest nowa. Wcześniej wykorzystywali ją aktorzy Teatru im. Heleny Modrzejewskiej z Legnicy, a także artyści z Warszawy i Częstochowy. Nowością jest pomysł sztuki w odcinkach.
Może takie wyjście do publiczności będzie inspiracją dla zaplątanego w konflikty jeleniogórskiego Teatru Norwida?

Ogłoszenia

Czytaj również

Relacja z Targów Ceramiki w Bolesławcu  

Będą nowe szatnie na stadionie

Utrudnienia drogowe w gminie Podgórzyn

Komentarze (9) Dodaj komentarz

~xxx 6-05-2008 8:43
ale dlaczego akurat techno?
~Me 6-05-2008 11:22
Ja tylko przypomnę, że jest to projek sebastiana Majewskiego, który był jednym z kandydatów na dyrektora artystycznego naszego teatru. teraz poza rodzimym Wrocłąwiem pracuje również w Wałbrzychu. Szkoda, bo mógł u nas.
~do xxx 6-05-2008 11:53
te techno chyba im pasuje w sam raz....
~gratisowe słuchowisko 6-05-2008 11:57
Ja zapraszam do mojego mieszkania na słuchowisko pt. 10 w skali Beauforta. W słuchowisku występuje mąż i żona, którzy przynależą do tzw. patologii, piją wódkę i obrzucają się przekleństwami, w tle łomoty i trzaski. Słuchowisko opowiada o problemach współczesności: braku porozumienia międzyludzkiej, zatomizowaniu życia we współczesnym społeczeństwie i takich tam. Codziennie wieczorem, a weekendy nawet dwa słuchowiska raz za razem. W roalch głównych pierwszorzędni naturszczycy. Należy wziąć ze sobą szklankę, bo czasem nie najlepiej slychać przez ścianę (słyszalność wzrasta po północy).
~pawel 6-05-2008 13:08
bo to najbardziej popularny shit w dzisiejszych czasach.
~? 6-05-2008 19:12
gdzie mój komentarz? te opluwające scenę dramatyczną zamieszczacie z uporem godnym maniaka, ciekawe czemu?
~richthofen 6-05-2008 21:23
Teatr w Wałbrzychu żyje! Teatr w Jeleniej obumiera!
~basiu 7-05-2008 12:06
słyszałem w Polsce, że dokładnie odwrotnie i że dopiero za Klemma ten teatr się budzi z zimowego snu w którym pogrążony był od odejścia Obidniak? i co ty na to?
~nie jest tak źle 7-05-2008 13:41
Masza na Dzikim niemieckim Zachodzie "Podróż poślubna" w reż. Iwa Vedrala w Teatrze im. Norwida w Jeleniej Górze. Pisze Pola Sobaś-Mikołajczyk w Opcjach. «Rosja Władimira Sorokina jest młoda, przebojowa, szybko podnosi się po porażkach i wie, jak walczyć o swoje. Takiej Rosji na imię Masza. Cały tekst "Podróży poślubnej" to niekończący się monolog tej błyskotliwej, bezpośredniej dziewczyny, która ma odwagę się przyznać, że choć w jej żyłach płynie żydowska krew, to jednak w żaden sposób nie potrafi się wzruszyć pod Ścianą Płaczu, a po miłosnych wypadkach spada na cztery łapy i z bólem żegna ukochaną Moskwę, by w poszukiwaniu księcia z bajki wyruszyć na podbój Europy. Reżyser Iwo Vendral podzielił ten monolog pomiędzy dwie aktorki: eteryczną blondynkę (Magdalena Stam) i zadziorną brunetkę (Anna Ludwicka), słowem, stworzył teatralne Tatu o piorunującym seksapilu i nadzwyczajnym intelekcie. Swojego księcia (Robert Mania) Masza usidla szybko i sprawnie. Po wstępnych zalotach w monachijskiej dyskotece para ląduje w pościeli. Tu wprawdzie naszą dziarską bohaterkę spotyka nieprzyjemna niespodzianka, bo okazuje się, że kulturalny i przystojny Günther wyżej niż konwencjonalne sposoby spędzania wolnego czasu ceni sobie masochizm. Czegóż się jednak nie robi dla przyszłej drugiej połowy. Dziewczyna może i ma przez chwilę opory i lekko spłoszona dopytuje się widzów, czy aby na pewno powinna się na podobny krok zdecydować, lecz już po chwili chwyta ciężki metalowy sześcian, element scenografii, i wali nim o drugi podobny. Po pierwszych grzmotach rozdzielonych nieśmiałymi pauzami rozlega się regularny łomot. Jakieś dwanaście uderzeń i dwanaście wrzasków później Günther się oświadcza. Jakieś dwanaście sekund po oświadczynach Masza przyjmuje propozycję. Nie darmo jednak w dzieciństwie pasiono Sorokina Puszkinem! Cóż to byłby za książę, gdyby nie czaiła się w nim bestia? W świecie Maszy istnieje tylko jeden gatunek bestii, a ten ma w zwyczaju zjadać ludzi po kawałku, więc gdy Hans skomle, że to, co go męczy, jest gorsze od AIDS, Anna Ludwicka unosi brew z niedowierzaniem. Co może być gorsze od AIDS? Ponoć gorsze jest widmo ojca (Bogusław Siwko) - właśnie wwożone na scenę na prostym wózku widłowym przez smutnego brodacza w pasiaku. Warto nadmienić, że jest to widmo nadzwyczaj urodziwe - odziane w odprasowany mundur, obute w nienagannie wypastowane oficerki, wciąż atrakcyjne ową urodą, której siły przyciągania nie udało się rozszyfrować Źiźkowi. No i ten głos! Czysty, dźwięczny i nadający melodii Liii Marlenę, do której dopisano tekst o urokach pracy w obozie zagłady, radośnie makabryczne brzmienie. Jak na taką rewelację reaguje Masza? Nie pozostaje jej nic innego, niż wyciągnąć z szafy własnego trupa - matkę enkawudzistkę (Elżbieta Kosecka). Ta o poświęceniu, z jakim torturowała opozycjonistów, śpiewa jeszcze cudniej. Uroczym sopranem wyciąga co wyższe tony melodii Podmoskownyje wieczera tak brawurowo, że aż cierpnie skóra. Masza darmo próbuje ją uciszyć, tego, co Roza Galperina zrobiła dziesiątkom anonimowych więźniów, wyciszyć się nie da. Od pierwszych dźwięków śpiewanych przez ten groteskowy duet wiadomo, że to on zdominuje przedstawienie. Tajemnicą reżysera pozostanie, jak udało mu się przekonać parę aktorów starszego pokolenia, by tak ostro "poszli na żywioł" i stworzyli role, jakich w polskim teatrze jeszcze nie było, bo i z czym można ten orgazmiczny duet porównać? Toż to skrzyżowane z "Kartoteką". Po skończonym spektaklu Elżbieta Kosecka zaciska usta przy ukłonach. Może to tylko zmęczenie, a może aktorka wciąż stara się sobie wytłumaczyć, że nie co dzień gra się Raniewską. Nie ma to jednak znaczenia, bo Rozę zagrała o wiele lepiej niż rzetelnie. Często to właśnie takie brawurowo grane plugawe postaci zapadają w pamięć widzów głębiej niż całe rzesze szarych, zgranych i mdłych Raniewskich. Bogusław Siwko, jak się wydaje, świetnie się bawi i uwielbia swoją postać - ze wszystkim, co się z nią z konieczności wiąże. Gdyby jego Fabian von Nebeldorf dożył starości, z pewnością piastowałby najbardziej rozpuszczone wnuki świata. Dreszcz tylko przechodzi po plecach, gdy przyjdzie się zastanowić, jakież to wspomnienia z wojny by im opowiadał na dobranoc. Wróćmy jednak do protagonistów wciąż odrabiających lekcję z Puszkina. Nie bez powodu wspomniałam, że Rosja u Sorokina umie walczyć o swoje. Masza, jak chce, to potrafi - wyegzekwować zakup kilku kiszonych ogórków z najdroższej rosyjskiej restauracji w Monachium, choć kilogram kawioru pewnie wyszedłby taniej, i wie, jak przeprowadzić warsztaty z picia wódki, po których nawet sztywny niemiecki kamerdyner odkryje w sobie słowiańską fantazję, lecz - jak ta księżniczka przyzwyczajana do tego, że życzenia zostaną spełnione, zanim zdąży je pomyśleć - skupia się tylko na tym jednym pragnieniu, którego zaspokoić nie potrafi. Naturalnie chodzi o seks z Güntherem. Masza nie zwykła przebierać w słowach, więc diagnozuje problem w prostych żołnierskich słowach ("Mamy się żenić, a ja jeszcze nawet jego chuja nie widziałam") i do jego rozwiązania angażuje specjalistę. I znów ciekawe pomysły reżyserskie Iwo Vendrala przekładają się na aktorski majstersztyk. Masza wyciąga zza konsoli chuderlawego DJ-a w kapciach w kształcie króliczków (Marek Pempuś) i daje mu jedyną szansę, żeby sobie popraktykował w dziedzinie, w której nie pracował od lat - w psychiatrii. Po omówieniu kilku podstawowych syndromów i przedstawieniu klubowej historyjki w konwencji rosyjskiej romancy z towarzyszeniem gitary (cacko!) pomysł na szaloną metodę terapii niemal rodzi się sam. Günther w mundurze SS ma się przejechać po bawarskich lasach z narzeczoną w mundurze NKWD. Proste? Nie dla syna esesmana z irracjonalnym przerostem poczucia winy na tym punkcie. Skuteczne? Po 45 minutach w okolicznych krzakach Masza uznała, że wyjątkowo skuteczne. Sorokin nie byłby jednak sobą, gdyby pozwolił na to małżeństwo. Zresztą może to i dobrze. Wszak byłoby ono niczym Unia Europejska z Rosją jako członkiem z dożywotnią prezydencją. Nie ma wątpliwości, że trzy czwarte sukcesu tej sztuki wypływa z siły i humoru niebanalnego teksu. Jednak już za samą odwagę jego wystawienia w mieście wielkości Jeleniej Góry i dotrzymanie dramaturgowi kroku należą się ekipie Teatru Norwida oklaski. Nie zepsuć komedii o takim stopniu absurdu nie jest łatwo.» "Masza na Dzikim niemieckim Zachodzie" Pola Sobaś-Mikołajczyk Opcje nr 3/03.2008 07-05-2008

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Drzymały do remontu

Czyja to studzienka? (aktualizacja)

Lech Wałęsa w Świeradowie Zdroju

Zgrzyt w KO – kandydatka rezygnuje

PiS ujawnił listy kandydatów

Sonda

Czy poprzez budżet obywatelski mieszkańcy powinni mieć coraz większy wpływ na miejskie inwestycje?

Oddanych
głosów
606
Tak
86%
Nie
9%
Nie mam zdania
4%