MenuZamknij

WIADOMOŚCI

SPORT

Stoją lnem i Boney M

Wiadomości: Region Jeleniogórski
Niedziela, 15 czerwca 2008, 8:02
Aktualizacja: Poniedziałek, 16 czerwca 2008, 10:02
Autor: Ania
Fot. Piotr Mikołajczak
Koncert światowej sławy dinozaurów, przy których rytmach szaleli na dyskotekach dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie, był prawdziwym hitem soboty w Mysłakowicach. Festyn lniarski rośnie w siłę i coraz skuteczniej promuje miejscowość.

– Festyn organizujemy wspólnie z Zakładem Lniarskim Orzeł S. A. Zależy nam na tym, żeby przyjechało sporo gości z zewnątrz i nam się to udaje. Mysłakowice to duża gmina, ale jednak jest wioską, dlatego też taka gwiazda jak Boney M., przyciąga ludzi nawet z dalszej okolicy – mówi Grzegorz Truchanowicz, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury.

Okazuje się, że sposobem na osiągnięcie sukcesu jest układ partnerski – Od wielu lat Gmina Mysłakowice, Zakład Orzeł S. A. i telewizja DAMI finansują festiwal, samo Boney M kosztuje ok. piętnastu tysięcy dolarów, a pozostałe zespoły nawet i dziesięć tysięcy złotych. Mimo to zarabiamy. Nie chodzi o to, żeby gmina sfinansowała przedsięwzięcie, ale partnerzy i sponsorzy – wyjaśnia prezes Telewizji Dami Krzysztof Błażejczyk.

Największą popularnością prócz koncertów cieszył się pokaz mody lnianej. Można było kupić kreacje wykonane z lnu i mimo wysokich cen cieszyły się one wzięciem.
– Dzięki takim imprezom, jak dzisiejsza pozyskujemy wielu klientów. Na samych festynach nie zawsze zarabiamy dużo, ale udział w nich procentuje w najbliższej przyszłości – mówi pracownica sklepu lniarskiego przy zakładzie Orzeł.

Nie narzekali też najmłodsi uczestnicy zabawy: zorganizowano dla nich turniej piłkarski. Jedynym zgrzytem był brak godziny rozpoczęcia festynu, o której nie wspomniano na afiszach.

Ogłoszenia

Czytaj również

Popił i chciał okraść ulicznego grajka

W końcu się dogadali

Kiedy warto udać się do dermatologa?

Komentarze (23) Dodaj komentarz

~zazdrośnik 15-06-2008 9:15
Mysłakowice stać,Jelenią Górę nie.Szkoda gadać...
~:) 15-06-2008 10:09
Ogólnie było ok ale porządku brak i przejechać przez Mysłakowice się nie dało
~Mysłakowiczanin 15-06-2008 10:54
bo Mysłakowice robią teraz moderniazację kanalizacji :P ale koncert był fajny Boney M (trochę odmłodzone) świetnie się zaprezentowało Mysłakowice górą!!!!!!!
~-/- 15-06-2008 11:53
Brawo dla organizatorów z Mysłakowic !!! Propozycja - może byście się swoim doświadczeniem w robieniu festynu podzielili z osobami odpowiedzialnymi np: za dni Sobieszowa ...
~lx 15-06-2008 12:09
"Festyn lniarski rośnie w siłę i coraz skuteczniej promuje miasteczko." Mysłakowice są wsią a nie miasteczkiem. Jednakże gratulacje dla Mysłakowic, które co roku organizują fajny festyn.
~gregor 15-06-2008 13:13
Znowu brawa za reklamę festynu. Dowiedziałem się o nim właśnie dziś z Jelonki. Zero plakatów "Zależy nam na tym, żeby przyjechało sporo gości z zewnątrz i nam się to udaje. " chyba mrzonki...
~Madzia 15-06-2008 16:46
Jak to plakatów nie było! Było i to wcale nie mało. Więc nie wypowiadaj się skoro nie wiesz.
~Madzia 15-06-2008 16:51
Świetny artykuł i świetne zdjęcia! Wszystko szczera prawda. Gratulacje siostrzyczko!!! Jestem z Ciebie dumna!! Była Boney M i Anna Pisulska. Czego więcej trzeba, żeby Mysłakowice stały się najchętniej odwiedzanym miasteczkiem turystycznym. Brawo Mysłakowice!!! Brawo organizatorzy!! Brawo dla mojej siostry!!
~m... 15-06-2008 17:41
Szkoda, że Jelonka nie była na tyle łaskawa żeby poinformować czytelników o tej imprezie. A Jelenia umiera, szkoda miasta... <br><br> <i> Była łaskawa, tylko się nie zauważyło :-) </i>
~Jelenia Dziura 15-06-2008 17:43
900 lecie miasta i nic sie nie dzieje, żadnych fajnych koncertów, prawdziwych gwiazd, jedynie Cieplice postarały się o reagge, a tak dno dno dno.
~wiarygodny 15-06-2008 18:23
A może trzeba było wysłać na dyskotekę dwóch smętnych panów :Obrebalskiego i Łużniaka,to by może cos wyniesli.
~em. ks. prof. zw. dr hab. inż. arch. lek. med. Walenty Kwiczoł 15-06-2008 18:49
Co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem. Poruszony w niniejszym artykule temat muzyki to niewątpliwie ważny aspekt zarówno naszej kultury, jak i codziennego życia praktycznie każdego z nas. I już chociażby z tego względu warto mu poświęcić garść refleksji. Z całą pewnością nie zaskoczę żadnego z Forumowiczów stwierdzeniem, że muzyka ma wielką moc oddziaływania na nasze emocje, nastrój i życie psychiczne. Stąd też, nierzadko określana jest mianem języka emocji. Bardzo charakterystyczne jest także poczucie bezpośredniości wpływu muzyki na nasze odczucia i uczucia. Istnieje jednak wiele wątpliwości co do tego, jak to się dzieję, że muzyka może w ciągu kilku chwil tak bardzo na nas wpływać. Nie do końca wiadomo, dlaczego człowiek ma w ogóle możliwość odbierania muzyki nie tylko jako zbioru dźwięków, ale przede wszystkim pewnych znaczeń oddziałujących na procesy psychiczne. W ostatnich dziesięcioleciach podejmuje się wiele prób udzielenia odpowiedzi na te i inne pytania. Niektórzy badacze sugerują, że wpływ jaki ma na nas muzyka można traktować jako odzwierciedlenie odziedziczonej po przodkach zdolności naszego mózgu do transmisji i odbioru podstawowych, nacechowanych emocjonalnie dźwięków, które mają zdolność podniesienia napięcia emocjonalnego znaków innych niż dźwiękowe (np. prozodyczne, czyli melodyczne i intonacyjne jakości mowy, rytmika naszej motoryczno-fizjologicznej aparatury). Oznaczało by to zatem, że muzyka, którą dzisiaj się zachwycamy jest wysublimowaną formą przekazów, których umiejętność odczytania jest „spadkiem ewolucyjnym". W tym stwierdzeniu jest nieco prawdy, aczkolwiek nie wyczerpuje ono całkowicie tego zagadnienia. Interesujących wyjaśnień dostarczają nowoczesne badania procesów percepcji muzycznej prowadzone z użyciem aparatury służącej do obserwacji pracy mózgu (narzędzia neuroobrazowania). Badania te od razu udowodniły, że proces odbioru muzyki, jako bodźca o szczególnym znaczeniu jest automatyczny. Zachodzi on na najprostszym poziomie złożoności już u niemowląt. Ale uzyskano jeszcze inne, dużo ciekawsze wyniki. W jednym z bardziej interesujących eksperymentów okazało się, że odbiór muzyki pod względem sposobów przetwarzania przez mózg tej „informacji" jaką jest muzyka jest zróżnicowany u różnych badanych grup. Osoby bez wykształcenia muzycznego, nie interesujący się muzyką z jakimś zaangażowaniem odbierają muzykę głównie przy pomocy struktur prawej półkuli mózgu. Owe struktury przetwarzają przede wszystkim proste wrażenia słuchowe (bez specjalizacji na różne grupy wrażeń). Co więcej charakteryzują się one przetwarzaniem bodźców emocjonalnych tyle, że nie mających cech jakiegoś ukształtowanego wzorca. Inaczej natomiast wygląda ten proces u osób z wykształceniem muzycznym i zaangażowanych w poznawanie i obcowanie z muzyką. U tych osób także uaktywniają się przedstawione wcześniej obszary mózgowe, ale &#8212; co istotne &#8212; aktywują się też struktury lewej półkuli. Struktury te uczestniczą w przetwarzaniu przebiegającemu w ten sposób w jaki przetwarza się język. A więc, dostrzega się sensowność lub nonsensowność danego przekazu, przede wszystkim zaś dostrzega się swoistą „składnie", formę struktury przetwarzanej, to jakie są reguły, które zapewniają, że ten przekaz jest dla nas zrozumiały i zawiera pewne obiektywne reguły, które nim rządzą. Nasuwa się więc istotny wniosek, okazuje się bowiem, że jakkolwiek posiadamy pewną podstawową „aparaturę" mózgową, która umożliwia nam odbieranie muzyki na podstawowym, konkretno-emocjonalnym poziomie, to jednak kształcenie muzyczne i tzw. osłuchanie mogą spowodować, że będziemy muzykę nie tylko odbierać, ale przede wszystkim rozumieć i że muzyka może stać się językiem zawierającym wiele znaczeń. Podobne wnioski nasuwają się pod wpływem analizy szczególnych przypadków neuropsychologicznych. Istnieje pewne swoiste zaburzenie odbioru muzyki (będące wynikiem uszkodzenia specjalistycznych struktur mózgowych), które określa się nazwą amuzji. Dysfunkcja ta (na którą nawiasem mówiąc cierpiał Maurycy Ravel pod wpływem rany głowy odniesionej w trakcie wojny) polega na utracie zdolności do odbierania muzyki jako specyficznego, logicznego bodźca. Diagnozuje się ją tylko u osób, co do których wiadomo, że mieli wykształcenie muzyczne lub przynajmniej byli zaangażowanymi melomanami. Osoba z takim zaburzeniem postrzega muzykę jako bezładny zlepek dźwięków nie różniący się prawie niczym od zwykłego ulicznego hałasu. Jest to właśnie utrudnienie w przetwarzaniu muzyki jako języka zawierającego swoją „gramatykę" i sens. Najnowsze badania dowodzą, że niektóre osoby z amuzją posiadają zachowaną zdolność do percepcji muzycznej na podstawowym, emocjonalnym poziomie. Jedna z pacjentek opisana przez Peretz (osobę zajmującą się od wielu lat badaniami nad amuzją i neurobiologicznymi podstawami percepcji muzycznej) i jej współpracowników mimo amuzji potrafiła rozpoznać świetnie znane wcześniej z klasycznego repertuaru utwory właśnie po tym, jakie wrażenia czysto emocjonalne te utwory w niej wywołują. Istnieją poza tym przesłanki, że (wewnątrz jednej kultury) występuje pewien zestaw kodów emocjonalnych, które zawiera muzyka i że kody te każdemu pozwalają przynajmniej na odróżnienie utworów na zasadzie: smutny &#8212; wesoły. Określono, że utwory napisane w tonacjach durowych istotnie częściej określane są jako bardziej wesołe, poprawiające nastrój, natomiast napisane w tonacjach mollowych, jako smutniejsze i bardziej poważne. Podsumowując ten fragment, można stwierdzić, iż „z punktu widzenia mózgu" muzyka posiada dwa podstawowe komponenty. Pierwszy, bardziej pierwotny i wymagający mniej wyspecjalizowanych procesów mózgowych odnosi się do zawartości emocjonalnej, do tych aspektów muzyki, które powodują odczucie jej jako bodźca mogącego wpłynąć na nasz nastrój i uczucia. Drugi zaś, nie dla wszystkich dostępny, wymaga „dokształcenia" muzycznego, związany jest z formalnymi aspektami muzyki; konstrukcją, układem określonym przez zasady i reguły, innymi słowy, poznawaną w bardziej analityczny sposób „architekturą" muzyczną, która potencjalnie czyni z muzyki język zawierający wiele różnych, nawet abstrakcyjnych znaczeń. Oczywiście, im wyższy jest poziom złożoności reguł i przewagi czynników abstrakcyjno-formalnych w danym rodzaju muzyki, tym więcej owego dokształcenia potrzeba, aby móc ją w pełni odebrać. Muzyka potrafi nas jak najbardziej dosłownie uszczęśliwić. Powołując się ponownie na badania z użyciem metod neuroobrazowania można stwierdzić, że osoby słuchające tych utworów, które same oceniają jako wyjątkowo przyjemne i wręcz wywołujące w nich stan zadowolenia i radości przeżywają to zadowolenie także na neurofizjologicznym poziomie. Uaktywniają się u nich struktury mózgowe, które zwykło się uważać za mózgowe ośrodki nagrody, czyli te, które wywołują u nas stan zadowolenia i odczuwania głębokiej przyjemności. Między innymi, uwalnia się istotnie większa ilość związków zwanych opioidami, które są produkowanymi przez sam mózg substancjami zbliżonymi pod względem oddziaływania do morfiny. U mężczyzn odkryto spadek poziomu testosteronu w trakcie odbioru utworów ocenianych jako bardzo przyjemne. Spada też poziom hormonów kortykalnych, które są grupą substancji aktywowanych w trakcie przeżywania stresu (stąd prawdopodobnie odczucie relaksu jakiego doświadcza się obcując z muzyką, którą bardzo lubimy). Co ciekawe, w reakcjach neurofizjologicznych uczestniczą struktury, których głównym neuroprzekaźnikiem jest dopamina, substancja najściślej związana z mózgowym układem nagrody. U osób uzależnionych od różnych związków chemicznych właśnie deficyt dopaminy prowadzi do odczucia silnego dyskomfortu w trakcie „głodu". Niewykluczone więc, że w jakimś sensie od muzyki też można się uzależnić, z pewnością jednak jest to ten rodzaj nałogu, którego nie ma potrzeby zwalczać.. Ludyczną funkcję muzyki można też wyjaśnić odwołując się do takiego oto faktu, że odbiór przyjemnych bodźców muzycznych podnosi poziom wydzielanej oksytocyny, która jest substancją związaną z tzw. reakcjami przywiązania, czyli szczególnej więzi emocjonalnej, takiej jak w związku erotycznym, czy pomiędzy matką a dzieckiem. Pozostaje jeszcze pytanie, co powoduje, że mózg odbiera pewne fragmenty muzyczne jako te, które przynoszą pozytywne odczucia a inne, jako te przynoszące odczucia nieprzyjemne? Istnieje wiele hipotez wyjaśniających, tutaj można odnieść się do obiektywnych cech tego, czy innego fragmentu. Okazuje się bowiem, że większość osób ocenia jako nieprzyjemne te utwory, w których zawarto wiele brzmień dysonansowych, zaś jako przyjemne, lub choć neutralne emocjonalnie, te które zawierają konsonanse. Dysonanse i konsonanse wywołują odmienne wzorce generowanych w odpowiedzi na nie fal mózgowych. Konsonanse zawierają tony, które charakteryzuje prosty układ stosunków częstotliwości (np. 2 : 1 &#8212; w oktawie). Natomiast dysonanse zawierają stosunki częstotliwości o bardzo znacznym stopniu komplikacji (np. 243 : 128). Takie stosunki wywołują wyjątkowo duże zróżnicowanie w wysokości amplitud fal mózgowych, podczas gdy brzmienie konsonansowe wywołuje amplitudy o znacznie mniejszym zróżnicowaniu. Komórki nerwowe kory słuchowej mają w związku z tym „problemy" z odbieraniem dysonansu, mówiąc bardziej obrazowo, odczytują go jako mentalne „ciało obce" i mózg w odpowiedzi na nie uruchamia mechanizmy obrony i odrzucenia takiego bodźca. Tak więc, istnieją z jednej strony dwa różne poziomy, na których nasze mózgi odbierają muzykę, ale istnieją też cechy obiektywne, fizyczne różnego rodzaju brzmień, które również w widoczny (a raczej słyszalny) sposób wpływają na możliwości aparatu mózgowo-psychicznego, który odbiera i przetwarza muzykę. Można na podstawie przytoczonych odkryć postawić wiele ciekawych, jak sądzę, hipotez co do natury samej muzyki. Na przykład powstaje pytanie o to, czy kiedykolwiek muzyka, która zupełnie jest wytrawiona z czynnika emocjonalnego, lub też zbudowana za pomocą reguł znacznie odbiegających od tych powszechnie zrozumiałych (a nierzadko zrozumiałych tylko dla samego ich autora) kiedykolwiek będzie mogła znaleźć słuchaczy? Z drugiej strony, czy uznanie (i przychylną ocenę znawców) może znaleźć muzyka, która charakteryzuje się tym, że jest w stanie pobudzać do aktywności tylko struktury uczestniczące w odbiorze najprostszych składników percepcyjnych? Czy ten i wcześniej opisany rodzaj muzyki nie jest czymś niepełnym (ciśnie mi się na język słowo „kulawym"), jakby niedostosowanym do zainteresowanego muzyką aparatu psychicznego? To, jednak, co można powiedzieć na pewno, to fakt iż muzyka jest bardzo ważnym elementem kultury, między innymi z tego względu, że ma nie mniejszą zdolność przekazywania bardzo ludzkich i pozytywnych znaczeń i treści co choćby literatura, z drugiej zaś strony wymaga dobrego kształcenia, aby odbiorca mógł ten przekaz zrozumieć i odczuć, albowiem muzyka jest językiem, którego odbioru i rozumienia po prostu trzeba się nauczyć. Jedne pokolenia najwyraźniej rodzą się po to, aby tworzyć, drugie, aby podtrzymywać tradycję, jeszcze inne, aby niszczyć. Żyjemy w beznadziejnych pod względem artystycznym czasach kultury masowej. Łatwość technologiczna, jeśli chodzi o tworzenie dzisiejszej „muzyki", przyczynia się do upadku muzycznej sztuki jako takiej. Wygląda na to, że jest to „koniec" muzyki rozrywkowej, koniec sensownej twórczości. Komercyjna muzyka rozrywkowa zabrnęła na artystyczne bezdroża i umiera; umiera też z dodatkowego powodu: jest jej za dużo &#8212; podaż przewyższa popyt! Na dodatek dziś każdy może być „twórcą", bez względu na to czy rzeczywiście coś potrafi i czy ma coś istotnego do powiedzenia! Muzyka rozrywkowa stała się muzakiem - dźwiękową tapetą bez znaczenia, zaś istota muzycznej sztuki została zupełnie rozcieńczona dzięki medialnej nadprodukcji. Wszystko stało się więc jak nie mechaniczne, sztuczne, plastikowe, to porażające swą trywialnością, banalnością, pretensjonalnością. Odpadki prawdziwej sztuki, by nie powiedzieć śmieci &#8212; czyli to, co kiedyś było wyłącznie marginesem kultury &#8212; stały się dziś jej najokazalszą częścią. Że też nie istnieją kary dla producentów śmieci za zaśmiecanie środowiska kulturowego! Co pozostanie po naszej epoce? Nieudolne kopiowanie dawnej świetności, loopy z ukradzionymi prawdziwym twórcom dźwiękami i brzmieniami ze „starych" winylowych płyt, okraszone grafomańskimi tekstami, niewyobrażalnym bełkotem? Dziś zresztą mało kto jest zainteresowany tekstem, czy generalnie sensem utworu. A przecież takie zainteresowanie, poparte pogłębioną refleksją, byłoby „ciosem w serce" dla świata producentów komercyjnej tandety! Niestety, istnienie tego świata wydaje się być niczym nie zagrożone &#8212; czynność myślenia, przede wszystkim krytycznego, jest najwyraźniej w zaniku. Przeżywamy kryzys wartości. To sytuacja idealna dla producentów szmiry, bo właśnie ów kryzys jest źródłem ich zysków! I to może miałby być ów „nowy, wspaniały świat" o który walczyli niegdysiejsi społeczni i muzyczni kontestatorzy? Zgroza! Dziś najważniejszą umiejętnością, w miejsce prawdziwej muzycznej twórczości, stała się umiejętność kopiowania i imitacji tzw. hitów. Liczy się tylko to, jak dalece &#8212; jako wykonawca &#8212; jesteś zbliżony do owych wzorców obsesyjnie lansowanych przez komercyjne środki masowego przekazu. To, jak dalece brzmisz podobnie do skopiowanego „oryginału", stało się dziś warunkiem sukcesu u publiczności i podstawą pozytywnej oceny tzw. rynku. A tak niedawno jeszcze liczyły się przede wszystkim umiejętności czysto muzyczne, takie jak mistrzowskie opanowanie instrumentu (techniczne, artykulacyjne, ekspresyjne itd.), liczyły się muzyczne i kompozycyjne innowacje, liczyło się tak nowatorstwo, jak i umiejętność stylowego grania „starej" muzyki, że o umiejętności śpiewania nie wspomnę. Dziś nic z tych rzeczy, panowie i panie wykreowani przez mass media na „artystów" &#8212; możecie spać spokojnie, upojeni błogostanem, jaki daje łatwo osiągnięta sława u niewybrednej publiki. Dziś nikt od was nie będzie tego wszystkiego wymagał; dziś liczy się jedynie imitacja powołana do życia wymogami zysku. Dziś za dobre uważane jest bowiem wyłącznie to, co się masowo sprzedaje, to, co chętnie nagłaśniać będą bezideowe, komercyjne środki masowego przekazu. Jeśli więc twój towar, „artysto", dobrze się sprzedaje, to nie ma powodu abyś „tracił czas" i pracował nad swoją sztuką wykonawczą. Przecież już jesteś idolem mas, i to bez niezbędnych artystycznych umiejętności! Tak więc tylko nieliczni muzycy (ich na ogół nie ma na listach przebojów) zajmują się dziś wypracowywaniem własnych środków wyrazu, tylko nieliczni interesują się historią muzyki jako całości, jej poszczególnych gałęzi i gatunków: choćby folku, bluesa, jazzu, rocka, muzyki XX wieku itd., a także przenikaniem i mozaikowymi związkami między owymi gałęziami. Jednym słowem, dzisiejszych „artystów" i ich publiczność interesuje bardziej aktualna oferta handlowa pobliskiego sklepu muzycznego, niż całe drzewo muzyki &#8212; „informacje o muzyce" czerpią zaś z różnych "MTV" oraz równie przeżartych komercją stacji radiowych i gazet zajmujących się „muzyką". Dla wielu dzisiejszych „muzyków" i ich bezkrytycznej publiczności jest to, niestety, najczęściej jedyne źródło edukacji muzycznej i estetycznej. Na dodatek większość dzisiejszych schlebiaczy gustom mas, płaszczących się przed masami i umizgujących się do nich, a zwanych nie wiedzieć czemu „artystami" (gdzie podziała się arystokratyczna nieprzekupność artysty?), swój byt sceniczny i sukcesy estradowe zawdzięcza „walorom" pozamuzycznym, pozaartystycznym, poza-ideowym &#8212; liczy się wyłącznie a to image, a to epatowanie swym dziwactwem (albo dziewictwem), a to pogaństwo, ilość sznytów po nożu, a to Szatan (względnie Bóg), jakieś popłuczyny po mitologii nordyckiej, płytka góralszczyzna, „inspiracje bałkańskie", knajackie bratanie się z publicznością, obwołanie „najseksowniejszym tyłkiem pośród wokalistek" (autentyczne!) lub machanie pochodniami na scenie. I ludzie właśnie „to" kupują, chociaż „to" nie jest wcale muzyką, a tylko jej jarmarcznym opakowaniem, pozamuzycznym blichtrem, transakcją wiązaną rodem ze straganu. Oto dzięki czemu dzisiejszy „artysta" zdobywa masowe uznanie! Straganowy „artysta" rozrywkowy niczego ważnego nie tworzy, a chłonąc wszechobecną muzyczną tandetę zajmuje się, jak już powiedzieliśmy, wyłącznie kopiowaniem tejże (recykling!). Na dodatek producenci instrumentów muzycznych także zwietrzyli doskonały interes; od dziesięcioleci produkuje się więc elektroniczne instrumenty-gadgety, które „z powodzeniem" może jednym palcem obsługiwać muzyczny analfabeta &#8212; one grają niejako za niego; mało tego &#8212; umożliwiają powielanie, kopiowanie „modnych brzmień" &#8212; naciskasz klawisz i już masz gotowe poszukiwane przez publiczność „profesjonalne" brzmienia i rytmy. Bez żadnego artystycznego wysiłku! Koniec z niekłamanymi, wysokimi umiejętnościami wykonawczymi, czy formotwórczymi, które zdobywa się przez lata pracy! Po co tracić na to swój cenny czas! Czyż nie lepiej poświęcić go na kolejną balangę, którą skrzętnie opisze potem „dziennikarz" z „muzycznego" pisma zajmującego się towarzyskimi plotkami i skandalami &#8212; zajmującego się wszystkim, tylko nie muzyką?! Jakimi to umiejętnościami, stricte muzycznymi, wykazaliby się owi „muzycy", gdybyś wyciągnął im wtyczkę z kontaktu? Co potrafiliby napisać o muzyce niedowarzeni „dziennikarze muzyczni", gdyby ich „artyści" na poważnie zajęli się swą sztuką? Niestety, w czasach zaawansowanej technologii elektropopu (kopia, sampling, looping, programming itd.) bez żadnego trudu możesz być „artystą"; teraz liczą się - obok umiejętności kopiowania &#8212; przede wszystkim takie wartości muzyczne i artystyczne jak kalendarzowa młodość (najlepiej nie mieć więcej niż 25 lat!), coś, co masy uważają za sex appeal (a jest to &#8212; przyznajmy &#8212; sex appeal rodem z agencji towarzyskiej!), naturalna „umiejętność" gadania od rzeczy, kompletny brak samokrytycyzmu i nieprawdopodobny tupet (nie mylić z odwagą artystyczną prawdziwych muzycznych nowatorów!) lub obrotny „menago"; najlepiej jednak dysponować tym wszystkim naraz. I teraz przez 24 godziny na dobę z głośników radia i tv sączy się nieprzerwanie muzyczny erzatz, kicz, tandeta instrumentalno- wokalna &#8212; dzieło muzycznych grafomanów (i ich „opiekunów" o podobnym poziomie intelektualnym)! Wraz z panoszącym się kultem młodości, środki masowego przekazu zaprosiły na swe anteny niedorobionych „znawców" muzyki, różnych dj-ów i inne bożyszcza mas o żenującym poziomie intelektualnym i kulturalnym, o „żadnym" poziomie wiedzy o muzyce i sztuce. Wystarczy posłuchać samego ich języka, kiedy to „puszczają zakręcone kawałki zakręconych zespołów, które dają totalnie czadu na maxa" &#8212; i to wszystko, co mają do powiedzenia o muzyce. I ludzie to akceptują! Dziś recepta na radiową i telewizyjną audycję muzyczną najwyraźniej jest taka: „trzy minuty bełkotu, trzy minuty łomotu". A wszystko to na dodatek skąpane w niewybrednej wesołkowatości „prezentera" i podporządkowane idei bezrefleksyjnej rozrywki. Przemyślany dobór utworów muzycznych, pod kątem treści, sensu i przeżycia estetycznego, zastępuje dziś tzw. playlista - wybór dokonywany za pomocą komputera zaprogramowanego na absolutne oddanie i „poprawność polityczną" wobec producentów szmiry. Brakowi prawdziwej prezentacji muzyki &#8212; prawdziwej, zamiast „puszczania kawałków" &#8212; towarzyszy zanik krytyki muzycznej w mass madiach, a już w ogóle nie do pomyślenia jest uprawianie tam antyreklamy, wskazywanie i ośmieszanie kiczu oraz jego pewnych siebie twórców! Rolą muzyki w mediach jest dziś jedynie nakręcanie koniunktury jej producentom, a nie przynoszenie jakiegokolwiek poznania czy wzbogacania świata. Redukcja funkcji poznawczych w mediach osiągana jest też poprzez informacyjne „embargo" nałożone na dorobek wcześniejszych artystów, co znakomicie uniemożliwia odniesienie dzisiejszych „osiągnięć" do historii muzyki. Uniemożliwia się w ten sposób dokonanie samodzielnej oceny dzisiejszych „hitów" przez słuchacza, niweluje się bowiem kryteria, niweluje punkty odniesienia. W ten oto sposób komercyjne mass media produkują tzw. człowieka jednowymiarowego, a więc pozbawionego świadomości kontekstu, nieczułego na całą paletę doznań estetycznych; jednym słowem, potencjalnego lub kompletnego ignoranta w świecie sztuki! W świecie kultury masowej obowiązuje jedyna, subiektywna i jednowymiarowa hierarchia „wartości": „a mnie się to podoba!". Jeśli ogłosi się ankietę na najlepsze zespoły, to biorąca w niej udział publiczność wybierze te najpopularniejsze! (patrz tzw. listy przebojów, gdzie zmasowany kicz sąsiaduje [czasem] ze swym, jakże nielicznie występującym przeciwieństwem). Mało kto bowiem interesuje się obiektywną hierarchią wartości muzycznych, a już najmniej można liczyć w tej materii na fachowość dzisiejszych „znaczących" producentów muzycznych. Dla nich dobra muzyka, dobre dźwięki, to wyłącznie te, które się sprzedają; czym innym po prostu nie opłaca się zajmować. Aspekty kulturotwórcze ich działalności? &#8212; nie będą nawet wiedzieli o czym mówisz! Dla nich liczy się wyłącznie jeden cel &#8212; ekonomiczny. Prędzej założysz własną wytwórnię, niż zainteresujesz ich swoim obiektywnie dobrym demo, które ma ten „mankament", że nie spełnia standardów obowiązującej na rynku i promowanej przezeń sieczki. Jakość? &#8212; ich przecież interesuje wyłącznie ilość! A owo przemożne zainteresowanie ilością prowadzi wyłącznie do jednego: do schlebiania gustom gawiedzi mającej drewniane uszy (umysły zostawmy tu w spokoju, choć związek jest oczywisty; uszy wyrastają bowiem z głowy i możemy śmiało powiedzieć, że jaka głowa, takie uszy). Aby być odbiorcą sztuki przez duże S, trzeba do jej poziomu dorosnąć; estetycznie, intelektualnie. Trzeba pochylić się nad poznaniem historii muzyki, jej rodzajów i gatunków, linii rozwojowych, stylów, trzeba znać przede wszystkim obiektywną muzyczną hierarchię wartości, słuchać niejako ponadczasowo i autonomicznie, mieć krytyczny umysł, nie być zarażonym bakcylem uniformizacji i mody z „muzycznych" straganów. I mieć świadomość, iż muzyka nie zaczęła się od listy przebojów z zeszłego tygodnia! Tylko tak można stać się, czytelniku, wybrednym i świadomym odbiorcą sztuki, tylko wtedy zaczną się liczyć twoje estetyczne potrzeby, a nie finansowe potrzeby producentów tandety! Dzisiejszy „artysta" i jego niewyrobiony odbiorca (cierpiący najwyraźniej na znany psychologii tzw. kompleks sztokholmski [chodzi o uzależnienie ofiary od jej gnębiciela, a nawet zaprzyjaźnianie się z nim!] nie poruszają się już pośród kanonów i walorów prawdziwej sztuki, pośród kulturowych ciągłości, a jedynie w plastikowym, bezczasowym, merkantylnym świecie obsługiwanym przez menadżerów-"animatorów kultury", którzy z kultury uczynili groteskę i targowisko próżności wsparte na giełdzie towarowo-pieniężnej. I jeśli coś się dziś liczy, to realne, handlowe „teraz". Kultura masowa stara się bowiem trwać w teraźniejszości i eksploatować ją dopóty, dopóki czerpie z tego procederu zyski. Kultura masowa nie ma bowiem szacunku dla przeszłości. Rakiem, który ją toczy, jest amnezja wpisana w jej „zabawowy" paradygmat. Nie istnieje dla niej żywa historia muzyki, sztuki, nie interesuje jej muzykologiczna analiza czy retrospekcja, śledzenie stylistycznych kontynuacji. Jeśli nawet w dzisiejszych produkcjach muzycznych sięga się po dokonania lat 60. czy 70., to tylko i wyłącznie jako elementy samplingowe, dekoracyjne, muzealne, bez zamiaru twórczego rozwijania stylów czy wątków muzycznych z tamtych lat. Co najwyżej mogą stać się one kanwą kabaretowego z ducha pastiszu, względnie istnieć tylko jako towar (patrz reedycje nagrań za które już nie trzeba nikomu płacić! &#8212; autor artykułu wie coś niecoś na ten temat). A warto tu podkreślić, że muzyka lat 60-tych i 70-tych, wyrastająca z nurtów psychodelicznych, a przede wszystkim z kontrkulturowego buntu, miała zdecydowanie niekomercyjny charakter. Jej popularność wynikała z wpisywania się pokoleń w ów bunt, a nie z celowego obniżania jej artystycznych lotów w celu uczynienia z niej jedynie bezmyślnej „rozrywki", tak, jak ma to miejsce dzisiaj! Skończyła się epoka pozytywnego kształtowania świadomości estetycznej odbiorcy muzyki. Media nie spełniają już swej ważnej, oświatowej i edukacyjnej roli. Wielu ludziom, mającym nadzieję, iż środki masowego przekazu ockną się wreszcie z komercyjnej psychozy, pozostaje dziś co najwyżej nostalgia za utraconym muzycznym światem, który nie był jeszcze pozbawiony uczuć i myśli, sensu i znaczenia. Merkantylna kultura masowa chce zarazić cię, czytelniku, kultem nowości. Świat reklamy wmawia ci bezustannie nowe potrzeby, które zupełnie nie należą do twoich potrzeb istotnych, ale wkrótce się nimi staną, jeśli nie „włączysz" swego krytycyzmu! I na ogół to się reklamie udaje: co tydzień „zupełnie nowy", „o niebo lepszy" telefon komórkowy, „udoskonalony" proszek do prania, kolejna porcja muzycznych śmieci lub „o niebo lepiej" zremiksowana i z dodatkowymi bonusami wersja płyty, tej samej, którą już znasz, bo kupiłeś ją tydzień temu itd.. Płyta sprzed trzech miesięcy uważana jest na rynku za starą! Ale spokojnie: płodny nad wyraz współczesny „artysta" (zainfekowany kulturą masową, a więc mający żyłkę nie tyle do uprawiania sztuki, co do handlu) zapowiedział już dwie kolejne; oczywiście ukażą się one jeszcze w tym kwartale. Szykuj więc odbiorco &#8212; ty, który „musisz być na bieżąco" (co wmawia ci reklama!), który nie chcesz „odstawać od stada" &#8212; kasę, kasę, kasę... Kultura masowa każe ci odwrócić się plecami do tego, co było (celowe odcinanie korzeni, burzenie fundamentów, po to, abyś nie miał żadnej skali porównawczej dla swoich ocen!) i śledzić wyłącznie rynkowe „nowości". A że na ogół są to pseudonowości w sensie muzycznym, to co z tego? Rynek, konsumpcja, szmal &#8212; o to jedynie dziś chodzi! Odpowiednia reklama („tego się dzisiaj słucha!", „bądź sobą, wybierz pepsi" - oto jak media kształtują twoją tożsamość!) i biznes się kręci; czyż trzeba czegoś więcej do szczęścia?! Jest cool, nieeee? Kultura masowa, która potrafi oswoić nawet pokoleniową kontestację, czyniąc z niej po prostu kolejny towar, jest ogromnie szkodliwa także z innego powodu. Lansuje bowiem (nie tylko wśród młodzieży!) oprócz anty-artystycznych „teorii sztuki", przede wszystkim postawy konformistyczne, konsumpcyjne, antyintelektualne. Lansuje ideologię bierności i pasywności (zgoda na zastany komercyjny, „zabawowy" świat!), infantylizm, kulturowy prymitywizm, ucieczkę w zabawę. Kultura masowa korumpuje także kulturę wysoką (patrz dobrze sprzedające się kolejne muzyczne tapety „poważnych" kompozytorów ["minimalistów" czy "filmowych"]). Prymitywizm (by nie powiedzieć: zupełne prostactwo) słyszalny jest nie tylko w muzyce, ale i w towarzyszących jej tekstach (patrz tzw. piosenki), których literacki poziom i „przesłanie" woła o pomstę do nieba, a przede wszystkim o odrobinę sensu! Kuriozalny kulturowy prymitywizm widoczny i słyszalny jest także w całej medialnej obsłudze takiej „sztuki" (patrz tzw. audycje muzyczne w radio i tv). Komercyjne media wciągają odbiorców i miłośników serwowanej przez siebie papki (nie tylko muzycznej!) w bezideową nadrzeczywistość. Jest to „rzeczywistość" świata wirtualnego, iluzorycznego świata reklam, teledysków, klipów, który z wolna zajmuje miejsce własnego, rzeczywistego świata twórcy i odbiorcy! Kultura obrazkowa stała się kulturą wtórnych analfabetów! I w takim oto „zabawowym" świecie (jak w pierwszej lepszej reklamie, czy reality show) mielibyśmy już tylko żyć, czyli w świecie na niby. Milionom ludzi, nieświadomych zagrożenia, taki świat na niby bardzo się podoba i nie widzą oni żadnego powodu, aby w nim nie uczestniczyć i nie oddychać pełną piersią jego atmosferą. Nie wiedzą, że uczestnictwo w tej ogłupiającej zabawie zapewnia im ich „własna" (a w istocie narzucona im przez media) bierność, konformizm i niepełnosprawność intelektualna, prowadzące do uwiądu krytycyzmu i zaniku indywidualizmu i autonomii człowieka. Jeśli wywodząca się z kultury masowej uniformizacja doprowadziła do tego, że większość społeczeństwa zgadza się na ów patologiczny stan rzeczy, to dowodzi to tylko wzmiankowanych wyżej ułomności ludzi nie potrafiących już wyobrazić sobie dalszych, nieuchronnych konsekwencji zalewu głupoty, a więc degeneracji umysłowej konsumpcyjnego społeczeństwa. Jakiś czas temu Bob Dylan, dziękując za przyznanie mu Oskara za filmową piosenkę jego autorstwa, powiedział: "Dziękuję komisji za to, że raczyła zauważyć piosenkę, która nie porywa do tańca i nie ogłupia". No właśnie, dlaczego mielibyśmy potulnie łykać wyłącznie komercyjną papkę, zgadzać się na głupawkę serwowaną nam przez komercyjnych ćwierćinteligentów pełniących dziś rolę inżynierów dusz? - oto jest pytanie. To prawda, że w demokracji głosuje się nogami (patrz np. tzw. oglądalność jako jedyne kryterium oceny w mass mediach!) i portmonetką, ale, na Boga, dlaczego nie głową? No właśnie &#8212; co z głowami? Da się powstrzymać erozję umysłów, i poczynania tych, co z racji swego zawodu celowo jej sprzyjają, mając na oku tylko własny materialny zysk, których guzik obchodzą społeczne straty? Bo po nas to i potop, byle kasa była! I nic więcej. Oto jak marnotrawimy wolność! Pozbawiona elementarnej wrażliwości estetycznej straganowa kultura jest wroga wobec wszystkiego, co może uniemożliwiać jej dążenie do jedynej wartości &#8212; efektywności zysku; wroga wobec wszystkiego, co mogłoby zagrozić jej trwaniu i hegemonii. Najlepiej więc będzie, jeśli ludziom pozostawi się do dyspozycji tylko bezmyślną, automatyczną pracę i bezrefleksyjną rozrywkę. Zawsze będzie można im potem powiedzieć: chcieliście tylko „chleba i igrzysk" &#8212; no to macie! Choć z tym chlebem też ostatnio nie najlepiej. Kultura masowa zajmując się opróżnianiem świata z wszelkiego sensu, pozbawiając cię wszystkiego, co w człowieku niezaprzeczalnie twórcze i indywidualne, deformuje także twoje ludzkie uczucia, emocje, fałszuje twoje istotne potrzeby, przyucza cię do bagatelizowania rozumu i prawdy. W ten sposób czyni cię łatwym łupem dla „bezszelestnego" manipulowania tobą (demagogia reklam, demagogia polityki, demagogia kultury kiczu czyli manipulowanie treściami wulgarnymi i niskimi artystycznie formami). Tak więc aby być dziś „alternatywnym" czy „kontrkulturowym", wystarczy &#8212; zdaje się &#8212; być po prostu normalnym, nie wierzyć w komercyjne bzdury, mity i pospolite kłamstwa serwowane masom; przykładowo: że droga do bycia sobą prowadzi przez kupno jakiegoś napoju, „nowego" telefonu, jakiejś tam płyty tygodnia, czy poprzez śledzenie list „przebojów". Powiedzmy więc jasno: z prądem rzeki tylko śmieci płyną... Rzecz zastanawiająca: nawet poprzedniemu, totalitarnemu i represywnemu ustrojowi nie udało się tak zniewolić, zuniformizować ludzi i ich umysłów, jak udało się to dziś animatorom kultury masowej! Zastanawiałeś się nad tym, czytelniku? Czy raczej jest tak, że "Coś tu się dzieje, a pan nie wie co, nieprawdaż, panie Jones?".Póki co, odmóżdżanie trwa! Kultura masowa zapewnia ci, czytelniku, tylko jedno: stuprocentową możliwość zostania kaleką pozbawionym wrażliwości na wartości estetyczne i intelektualne, a następnie, kiedy dokonasz pod jej dyktando samo-amputacji mózgu, zostania agresywnym ignorantem, postindustrialnym mutantem, z wyglądu tylko przypominającym człowieka. Jej wyroby powinny być więc oznaczone, podobnie jak tytoń, ostrzeżeniem: „Kultura masowa albo zachowanie człowieczeństwa i zdrowia &#8212; wybieraj sam! Podpisano: Minister...". No właśnie, ale jaki minister się pod tym podpisze &#8212; przecież niedługo kolejne wybory i nie wypada (czytaj: nie opłaca się) drażnić mas... Co wykwiczałem, to zaśpiewałem.
~pohl 15-06-2008 20:54
lekka przesada taki wykład
piipi 15-06-2008 21:08
...do - [~Walenty Kwiczol..]..."Bardzo dawno temu w Rosji, jeden taki zyl/ Byl bardzo wysoki i silny,w oczach ogien mu sie tlil / Wiele ludzi patrzylo na n.iego trwozliwie i ze strachem ,ale dla dam z Rosji byl to slodki kochanek / ~Ra..Ra rasputin kobieciarz,a takze znawca win.."..~Walenty,mysle ze w orginale lepiej ta piosenka brmi...~Zabieram dzisiaj to Twoje Piekne Pisanie..do lozeczka !.~*PA.piipi.
~Rumcajs 15-06-2008 23:30
Do piipi: A mnie to nie zabierzesz?
~IL 16-06-2008 1:30
Zmuslilem sie i przeczytalem caly -wyklad- ! Ale jak ten wyklad ma sie do BoneyM to nie wiem ? -Wyklad- , sprawiajacy wrazenie sensownego jest raczej o MUZYCE a BoneyM to jakos z muzyka to juz od dawna malo wspolnego maja . Ostatnie chyba z 10 linijek tekstu jest najciekawsze .
~Ale bzdury! 16-06-2008 9:36
rzeczywiście!!! Boney M!!! buahahahaha! Full Wypas! Super impreza!!! Boney M i Eruption i jeszcze "The legendary sound of Smokie" do Jeleniej Góry!!! Wtedy będzie się działo! Wtedy miasto ożyje na 900 lecie!! Dyletanci!!!!
samanta1 16-06-2008 19:59
przykro mi-nie bylam- a chetnie pojechalabym z rodzina. Organizatorom nie wyszlo rozreklamowanie tak wspanialej imprezy! Nawet na stronie samej Gminy Myslakowice - zero- w rubryce "wydarzenia kulturalne" - zero- ogolnie cala strona "traci myszka"
~Darkel66 16-06-2008 22:00
Dp Walentego Kwiczoła- Ty chyba jesteś ala Fidel Castro ze swoim przemówieniem.
~.... 19-06-2008 20:43
Festyn lniarski rośnie w siłę a orzeł 'potęga lnu' pada... dziwne że mieli pieniądze na 'Bonny M."......... brak słow.....
~ 22-06-2008 0:13
Nie przesadzajcie w tych zachwytach nad Boney M. Toż to tylko marny playback. A 15 tys. dolarów za te popłuczyny dawnego zespołu to chyba jakiś kit. Realnie oceniając, wartość nominalna może być ta sama, ale faktycznie chodzi o złotówki.
~L: 24-06-2008 10:31
Oni nie śpiewali z Playbacku nie iwesz to się nie wypowiadaj :D
~daria 31-07-2008 13:08
szkoda tylko ze ludzie stali z otwartymi gębami i gapili sie jakby pierwszy raz widzieli murzynów... jak na taka impreze to malo ludzi sie bawilo... koncert i inne atrakcje super ale zachowanie ludzi ... no coment

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Czech pobił rekord  

Tak się nie robi!

Co z tym SOR–em?

Kabaretki na Lodowcu

Wyrok za próbę zabójstwa

Sonda

Czy mnożenie rządowych programów plus ma sens?

Oddanych
głosów
841
Tak
21%
Nie
76%
Nie mam zdania
3%