MenuZamknij

WIADOMOŚCI

SPORT

Rok to za mało!

Wiadomości: JELENIA GÓRA
Sobota, 3 kwietnia 2010, 8:04
Aktualizacja: Niedziela, 4 kwietnia 2010, 7:42
Autor: TEJO
Dyrektor TCKN podczas próby do „Czarnej maski” Hauptmanna jako reżyser i autor scenografii.
Fot. TEJO
Rozmowa z Bogdanem Kocą, dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze.

– Mija rok Pana obecności w naszym mieście. Czy poczuł się Pan jeleniogórzaninem?
– Niby rok minął, ale dla mnie to jak cały wiek. Wręcz nie wyobrażam sobie życia bez Jeleniej Góry. Mam tutaj wielu przyjaciół, na których mogę liczyć, a przede wszystkim mam zespół, który się zintegrował. Najważniejsze jest, że człowiek przychodzi do tej pracy z przyjemnością. Zaczynam od szóstej rano i z bólem serca wychodzę czasem wcześniej, czasem później. Jest mnóstwo pracy. Ja lubię pracować. Lubię, jak zespół lubi pracować. Mam wrażenie, że ludzie pracują z przyjemnością, bo widzą efekty swojej pracy. Ja też te efekty dostrzegam. Wydaje mi się, że brakowało troszkę takiego zamieszania w sensie poszukiwania celu w środowisku teatralnym. Aktorzy czują się potrzebni, widoczni, usatysfakcjonowani z tego co robią.

– Czyli idzie ku dobremu…
– To jest dopiero początek. Zbudowanie jakiejś struktury teatralnej, która by się zintegrowała ze społecznością w sposób stały i kreatywny wymaga – moim zdaniem – około trzech lat. Jednak jest jakieś ziarno zasiane. Wiosna idzie, więc może z tego ziarna coś ciekawego wyrośnie.

– Przychodząc do teatru rok temu przedstawił Pan plan założeń,. Jak jest z jego realizacją?
– Jednym z moich głównych założeń była różnorodność repertuarowa. Udało się to osiągnąć. Poziom naszych spektakli, być może dla niektórych dyskusyjny, nie schodzi poniżej pewnych standardów. Mój plan jest taki, żeby zintensyfikować pracę w pierwszym roku, aby stworzyć zaplecze repertuarowe, które umożliwi nam zmniejszanie ilości premier, ale pozwoli skupić się na jakości przedstawień. Nie mówię, że obecnie jesteśmy w jakimś kompromisie artystycznym, natomiast to była pewnego rodzaju moja dramatyczna decyzja, aby była rotacja spektakli i powstała możliwość ingerencji w harmonogram grania, żeby utrzymać płynność finansową i zachęcić ludzi do oglądania. Kilka elementów spowodowało, że to się w pewnym sensie powiodło.

– Przybył Pan tu z pewną misją. Czy po roku można stwierdzić, że została ona spełniona?
Teatr musi mieć misję, ale nie może być ona nigdy spełniona. Teatr w swoim działaniu powinien być dialektyczny i rozwijać się w rytm rozwoju i postępu społeczeństwa oraz świata. Dlatego zakończenie pewnego etapu jest niczym więcej jak tylko zakończeniem, a jednocześnie otwarciem nowych możliwości przed nowymi reżyserami, aktorami. Pojawiają się przy tym rozmaite problemy zarówno estetyczne jak i etyczne, moralne, polityczne. Teatr musi być swego rodzaju awangardą, aby próbować wyprzedzać różne trendy. Ale z drugiej strony jego obowiązkiem jest zapewnienie tego, czego wielu twórców się boi: po prostu dobrej rozrywki dla społeczeństwa, a także pewnego elementu edukacyjnego, który musi w tym być. Dlatego powinniśmy być bardzo czuli i otwarci. Jak mówię, trudno powiedzieć, że pewien etap zakończyliśmy, ale na pewno jesteśmy bliscy jego zakończenia. Powtórzę: ziarno zostało zasiane, a teraz kiełkuje.
Lwówka.
Druga sprawa, że przekonaliśmy wielu młodych.

– Jak więc przebiegał ten „siew”?
– Po pierwsze wyszliśmy z paroma propozycjami na zewnątrz, co wbrew obawom niektórych osób przyciągnęło ludzi do teatru, bo przychodzi ich tu więcej. Nie traktuję tego teatru jako własności tylko i wyłącznie miasta. To teatr dla ludzi z całego regionu. Obowiązkiem tej placówki jest zapewnienie rozwoju sztuki. I tak się dzieje, bo coraz więcej widzów przyjeżdża do nas spoza miasta, autokarami: z Bolesławca, czy też ze Świeradowa-Zdroju, lub Gryfowa. To miłe jak się widzi, że przychodzą młodzi widzowie, że szkoły się zainteresowały, że działa sprawnie program edukacyjny, którego autorem i koordynatorem jest Tadeusz Wnuk. Mamy ciekawe i stałe „robocze” kontakty z niektórymi placówkami. Trzeba, aby widzowie traktowali ten teatr jako pewnego rodzaju swoją własność, a nie miejsce, które tylko trzeba odwiedzić.

– Czy sprawdził się Pan jako szef tego zespołu?
Zespół nie tylko dużo pracuje, lecz także polubił się. Mamy teraz takie sytuacje, których – kiedy tu przyszedłem – nie było. Aktorzy zostają po spektaklu w teatrze, a nie uciekają od razu do domu. Są ciekawe, czasami bardzo gorące dyskusje na temat tego, co robią. Praca nie kończy się ukłonami po sztuce, ale ciągle trwa. Oczywiście są olbrzymie oczekiwania w stosunku do mojej osoby. Staram się wszystkiemu sprostać. Nie zawsze jest to z różnych powodów możliwe. Wydaje mi się, że ze strony aktorów jest przyjazna i miła atmosfera.

– Co się nie udało?
– Życzyłbym sobie, aby współpraca z innymi instytucjami kultury nabrała poważnych kształtów. Że ich jeszcze nie ma, to w dużej części moja wina i wina czasu, którego po prostu zabrakło, aby zapiąć wszystko na ostatni guzik.

– Zanosi się na to, że Teatr im. Norwida co najmniej na kilkanaście miesięcy pozostanie monopolista na dużą salę widowiskową. Przypomnę, że w remoncie jest Teatr Zdrojowy, a prace niedługo zaczną się w siedzibie Jeleniogórskiego Centrum Kultury…
– Jeśli jest mało sal w mieście, nie jest to korzystne dla wszystkich. Dla teatru oznacza to presję innych instytucji, aby naszą salą się z nimi podzielić. Program mamy taki, że nie bardzo będzie jak ją podzielić. Nie mam jednak zamiaru na tej sytuacji zbić żadnego kapitału. Uważam, że współpraca między instytucjami powinna polegać na tym, abyśmy dzielili się tym, co mamy i co robimy. Ale ja jestem przede wszystkim dyrektorem tego teatru i muszę dbać o wizerunek i kondycję tej instytucji oraz ludzi, za których jestem odpowiedzialny. Muszę także uwzględnić interesy widowni, którą dzielę z innymi instytucjami. Jak to się będzie układało, pokaże przyszłość.

– Mówią o Panu, że jest Pan zbyt dobry i łagodny, a jako dyrektor powinien Pan rządzić twardą ręką. Co Pan na to?
– Inaczej do tego podchodzę. Czy ja w ogóle jestem dobry (uśmiech). Nie wiem, czy jestem za dobry i za ustępliwy… Wydaje mi się, że jestem otwarty. Otwarty na różne propozycje. Dobroć traktuję jako postawę pozytywną. Dobrym „opłaca się” być każdemu: zarówno tym, którzy z tego korzystają, jak i tym, którzy po prostu są dobrzy z natury. Ja chcę być po prostu normalny (śmiech).

– Pana kontrakt podpisany z miastem kończy się w czerwcu. Czy zostanie przedłużony, na razie nie wiemy. Jednak do końca sezonu sporo jeszcze czasu, a i plan na sezon następny też trzeba przygotować…
– Niezależnie od tego, czy umowa zostanie przedłużona, czy nie, pracuję nad przyszłym programem, taki jest mój obowiązek, taki jest mój status. Muszę dbać o teatr i doprowadzić go do stanu prawidłowego funkcjonowania. Do końca sezonu w planach mamy trzy premiery. W kwietniu będą to „Przygody Rozbójnika Rumcajsa” (zanosi się, że będzie to fantastyczne przedstawienie). Później na afisz wejdzie francuska komedia wg Francisa Vebera „Kolacja dla głupca”, na dużej scenie. Na koniec sezonu, czyli w czerwcu, pokażemy „Zwarcie” Jerzego Łukosza, ważny tytuł we współczesnej polskiej dramaturgii, porównywany z „Tangiem” Mrożka. Chciałbym jeszcze w tym sezonie zacząć „Lillę Wenedę” Słowackiego, aby otworzyć nią XL Jeleniogórskie Spotkania Teatralne.

– Te wszystkie spektakle planowane są na dużej scenie Teatru. A co ze studyjną?
– Planuję, aby zrobić tam coś w rodzaju studia eksperymentalnego dla współczesnej literatury nie tylko polskiej, ale i zagranicznej. Eksperymentalnego nie w sensie teatralnym, ale w sensie poszukiwania nowych środków wyrazu i zapraszania tu młodych reżyserów, absolwentów szkół, aby dać im szansę zaistnienia w krótkich seriach ciekawych niezgranych do tej pory dramatach, adaptacjach czy też projektach autorskich.

– Czy teatr w dalszym ciągu będzie „wychodził” do widza poza budynek oferując sztuki w różnych przestrzeniach?
– Tak, ale w rozsądnym wymiarze. Bardzo mi na tym zależy, bo to opłacalne zarówno dla teatru, jak i dla środowiska. Pomysł z wykorzystaniem wnętrz pałaców i ogrodów na pewno będziemy wykorzystywali, zwłaszcza że mamy bardzo dobre stosunki i współpracę z Fundacją Pałaców i Ogrodów.

– Znamy już jakieś przybliżone plany kolejnego Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych?
– Jesteśmy na etapie zbierania ofert. Poszukujemy ciekawych zespołów. Problem polega na tym, nie wiem, jak będzie wyglądała sprawa finansowania tego festiwalu. Złożyliśmy wnioski do różnych instytucji, Czekamy na odpowiedzi. Nadejdą one niestety dosyć późno, ale to sprawa systemu i mechanizmu przyznawania środków i trwania procedur. Jeśli plany się powiodą, festiwal będzie żywy, oryginalny i bardziej dynamiczny niż ostatni.

– 27 marca świętowaliśmy Międzynarodowy Dzień Teatru. Czego Panu z tej okazji życzyć. Czego życzyć aktorom?
– Przede wszystkim to ja powinienem złożyć życzenia. Uważam, że dzień teatru tak naprawdę jest dniem widza. Z naszej strony powinien to być ukłon w stosunku do widza, dzięki któremu możemy istnieć i w nim upatrujemy naszego najważniejszego partnera. Aktorzy przychodzą i odchodzą, a widz trwa. Nie da się z nim przeprowadzić rozmów sezonowych i go zaangażować lub nie. Widza przede wszystkim można wciągnąć w dialog z teatrem, jeśli ten teatr operuje językiem zrozumiałym i ciekawym dla tego widza, jakiego ma jeleniogórski teatr. Jedyne, czego mogę sobie życzyć, to, aby ten widz się troszkę rozrósł. Celebrujmy ten dzień teatru przez cały rok!
– Dziękuję za rozmowę.

Ogłoszenia

Czytaj również

Góral na morzach i oceanach w ODK

Zaczytaj się z Jelonką.com

Artystycznie i nie tylko u "Młodych Duchem"

Komentarze (2) Dodaj komentarz

~??? 3-04-2010 18:03
Dziękuję Panie Dyrektorze za już i posze o jeszcze. Teatr jeleniogórski żyje, jest otwarty na różnorodną widownię. Bawo
~mk 26-04-2010 23:31
Jak ostatnio byłem w Norwidzie, to obejrzałem spektakl "Czarna Maska", który był tak nudny, że chciałem pierwszy raz w życiu wyjść w trakcie przedstawienia. Nie sądziłem że kiedykolwiek zatęsknię za czasami gdy dyrektorem był Wojciech Klemm, ale jednak niemożliwe stało się możliwe. Poza tym repertuar w teatrze nie jest zróżnicowany, lecz jednolity. Składa się jedynie z klasyki i to tej z dolnej półki. Jelenia Góra z całą pewnością zasługuje na teatr, który reprezentuje sobą podobny poziom co Legnica, Wałbrzych, czy Opole. Niestety to co możemy zobaczyć dzisiaj to teatr, który nie tylko odchodzi od interpretowania współczesności, ale co gorsza zraża do siebie młode pokolenie.

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Pożegnali Słońce

Wielkie dzieła wokalno–instrumentalne  

Warsztaty modelarskie

Jeleniogórzanka z szansą na tytuł Miss Polski

W rocznicę urodzin Henryka Tomaszewskiego spotkanie w ODK

Sonda

Miejscowości turystyczne bez zakazu handlu w niedziele?

Oddanych
głosów
44
Tak
68%
Nie
32%
Nie wiem
0%