MenuZamknij

WIADOMOŚCI

SPORT

Mirosław Skowroński: zasłużony zaklinacz czasu

Wiadomości: Jelenia Góra
Niedziela, 3 kwietnia 2016, 8:11
Aktualizacja: Wtorek, 5 kwietnia 2016, 7:55
Autor: Angelika Grzywacz–Dudek
Fot. Archiwum Jelonki.com
Był najstarszym i najbardziej znanym zegarmistrzem stolicy Karkonoszy, w 2008 roku przyznano mu tytuł „Zasłużony dla Jeleniej Góry”. Każdy, kto chociaż raz był w jego zakładzie, z pewnością zapamiętał nie tylko rytmiczną melodię graną tykaniem i graniem zegarów, ale przede wszystkim klasę i uprzejmość gospodarza, człowieka z innej epoki – mowa o zmarłym 24 marca 2016 roku Mirosławie Skowrońskim, pośmiertnie zgłoszonym przez naszych Czytelników do tytułu „Zwykłych – niezwykłych” Jelonki.com.

Śp. Mirosław Skowroński przeżył 87 lat. W jego ostatniej drodze (30.03.2016 roku) towarzyszyło mu wielu jeleniogórzan. Nie tylko tych, którym przez ponad 60 lat naprawiał zegarki, ale również znajomych, przyjaciół, ludzi, dla których był niezwykłą ikoną tego miasta. Pochowano go na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Sudeckiej w Jeleniej Górze, gdzie ci, którzy nie zdążyli się z nim pożegnać, cały czas donoszą znicze.

Jak mówił Mirosław Skowroński w wywiadzie przeprowadzonym przez Jelonkę.com w 2011 roku, do Jeleniej Góry przyjechał z Białostocczyzny z końcem lutego 1946 roku mając 18 lat. – Było cieplutko jak na luty, pierwszy raz w życiu zobaczyłem wtedy góry i zauroczyło mnie bardzo to miasto. Była wtedy wczesna wiosna. Ruch na ulicy 1 Maja był dużo większy, teraz można by go nazwać sennym. Wtedy jeździły tramwaje, panował dwustronny ruch aut, dużo też było szabrowników. Znajdowało się tu pełno sklepów i jeszcze więcej towarów. Działania wojenne ominęły znacznie Jelenią Górę. Byłem bardzo zauroczony Kotliną Jeleniogórską – powiedział nam Mirosław Skowroński.

Swoją przygodę z zegarmistrzostwem zaczął jednak znacznie wcześniej. - Fachu nauczyłem się w miasteczku Goniądz nad Biebrzą. W 1943 byłem tam zatrudniony jako uczeń u miejscowego zegarmistrza. Potem szef wyjechał do Białegostoku, gdzie również mnie zatrudnił. W 1945 roku trafił do Gdańska, gdzie także prowadził zakład zegarmistrzowski. Tak więc w 1945 mieszkałem i uczyłem się zawodu w Gdańsku. Później mój wuj, który przyszedł z wojskiem do Jeleniej Góry, a był z zawodu mechanikiem samochodowym, tu został zdemobilizowany i otrzymał poniemiecki warsztat w Łomnicy, zaprosił mnie do Jeleniej Góry i przyjechałem – opowiadał pan Mirosław.

Swój zakład zegarmistrzowski przy ul. 1 Maja pan Mirosław prowadził od 1951, a zamknął go 31 stycznia 2011 roku i wówczas przeszedł na zasłużoną emeryturę. Podczas rozmowy z nami w 2006 roku, pan Mirosław miał nadzieję, że zakład przejmie syn, a następnie wnuk, ale tak się nie stało…

Mirosław Skowroński przez ponad 60 lat naprawiał rożne zegary m.in. ścienne zegary wahadłowe, wybijające godziny, stołowe, kredensowe, budziki, zegary ręczne, kieszonkowe, stopery, szachowe, zegary używane na stadionach, czy też na peronach. Jak opowiadał nasz bohater, zegarmistrzostwo dawało mu wiele satysfakcji, ale także wymagało od niego ogromnej cierpliwości i precyzji. - Praca zegarmistrza czasami przypomina pracę detektywa i lekarza – mówił nam w wywiadzie przeprowadzonym w 2006 roku. - Z tym, że pacjenci czasami coś podpowiedzą. Moje zegarki nic nie mówią. Czasami szuka się przyczyny usterki przez długie godziny i dni, i nic. Po długich obserwacjach i wielokrotnych rozkręceniach zegarków, czasami okazuje się, że wina leży w malutkim brakującym lub uszkodzonym elemencie – dodał.

- Mój kolega, także zegarmistrz, naprawiał kiedyś bardzo drogi zegarek szwajcarski przy otwartym oknie. W pewnym momencie wleciała mucha i do jej nóżek przykleiła się bardzo maleńka i delikatna część kotwica. Zegarmistrz prosił muchę, żeby zostawiła tę kotwicę, niestety mucha odleciała wraz z drogą częścią. Sam wiele razy musiałem godzinami klęczeć na ziemi w poszukiwaniu zagubionej mikroskopijnej części lub wiele czasu spędzać na „badaniu schorzeń” zegarów, które na pozór miały wszystko w należytym porządku, a nie działały. Najstarszym moim zegarem jest „kukułka”, ma już około 150 lat i jeszcze kuka, i prawidłowo wskazuje czas – opowiadał nasz bohater w wywiadzie w 2011 roku.

Oprócz tykania zegarów Mirosław Skowroński kochał również góry, w których kiedyś niemal nie stracił życia. – To była lawina stulecia. Biały Jar, marzec, rok 1968. Trzy dni przed zejściem lawiny wyszliśmy z synem i jego kolegą do Strzechy Akademickiej. Na trasie chwyciła nas tzw. deska śnieżna. Zasypało nas. Synowi i jego koledze udało się wyjść od razu. Mnie przysypało na dwa metry. Zacząłem się dusić. Krzyczałem. W ostatniej chwili mnie odkopali… – wspominał w 2006 roku M. Skowroński. A marzeniem pana Mirosława było, by zegar wiszący na jego zakładem, którym opiekował się wiele lat, został na swoim miejscu i nieprzerwanie odmierzał czas jeleniogórzanom…

Komentarz autorki:
Kiedy pisaliśmy o tym, że pan Mirosław Skowroński zamyka swój zakład, jeden z Czytelników zamieścił pod artykułem komentarz, którego treść ma teraz wyjątkową głębię: „Czas jest pojęciem względnym. Niektórzy uważają , że czas to pieniądz. Zakochani, czasu nie mierzą. Inni na wszystko mają czas. Dla tych co odeszli czas już minął. Dla niektórych czas się po prostu zatrzymał - do nich należy niewątpliwie Pan Mirosław (…)”.
Angelika Grzywacz-Dudek

Czytaj również

Prezesi spółek miejskich o cenach energii

Głosy za strajkiem?

Traktorem chciał wyrwać bankomat

Wiosna Biedronia sprawdza i zapowiada

Co to były za tańce!

Przybywa pasażerów

Brakuje rodzin zastępczych

Mali szachiści przed Pucharem Polski

Sonda

Czy wszyscy młodzi do 26. roku życia powinni być zwolnieni z podatku PIT?

Oddanych
głosów
1034
Tak
38%
Nie
54%
Nie mam zdania
8%