MenuZamknijRaport
Koronawirus

WIADOMOŚCI

SPORT

Wtorek, 14 lipca
im. Kamila, Marcelina

Mięso na kartki, czyli przeklinać każdy może...

Wiadomości: Polska
Poniedziałek, 11 października 2004, 0:00
Aktualizacja: Piątek, 17 lutego 2006, 10:16
Autor: Jacek Pawlus
Ktoś, gdzieś, kiedyś zastanawiał się jak mocno język polski nasiąka pochodzącymi z obcych języków słowami, i na odwrót, jakie słowa Polacy najczęściej eksportują na wschód, zachód, północ i południe.

Ten miły człowiek, co to zestawienie zrobił, ciężkiego szoku doznał, bo okazało się, że importujemy więcej niż eksportujemy. I choć w Kraju Nad Wisłą deficyt w handlu zagranicznym nowością nie jest, ten miły człowiek miał nadzieję, że w językowej materii będzie odrobinę inaczej. Spotkało go ogromne rozczarowanie, bo nie dość, że bezlitośnie narażamy nasz rodzimy język na obce naleciałości, to pozostałe języki świata jesteśmy w stanie zainteresować jedynie „babą”, „kołaczem” i „kiełbasą”. Z kilkudziesięciu tysięcy słów jakimi dysponuje język polski, tylko te trzy znajdują zainteresowanie u obcych nacji. Taki wniosek postawił ten miły naukowiec, następnie zaś, jak podają źródła, pod wpływem smutku sromotnego (bo przecież niewesołą prawdę odkrył) udał się do pobliskiego baru, zamówił setkę i piwo, pokłócił się z bramkarzem, i w momencie gdy trajektoria bramkarskiej pięści była na kolizyjnej z nosem naszego bohatera, nasz naukowiec przypomniał sobie jeszcze jedno, szeroko eksportowane z polszczyzny, wyrażenie i głośno westchnął:
- K***a mać...
Po krótkiej wizycie w ambulatorium, założeniu kilku szwów i wstawienia nowych, porcelanowych zębów, jak na naukowca przystało odezwał się pełnym zdaniem:
–         K***a mać, ja p******e...
I zmęczony syndromem dnia poprzedniego (w skrócie KAC) zasnął otulony miłosierdziem ślicznych, polskich pielęgniarek.
                Przygoda owego naukowca, tak opłakana z medycznego punktu widzenia, pozwoliła przypomnieć wszystkim zainteresowanym, że prócz skomplikowanej gramatyki i ortografii, stworzyliśmy najlepszy na świecie system bluźnierstw i przekleństw. Niespotykany w żadnym innym języku, tak pomocny w codziennym życiu, tak niedoceniany i zwalczany przez wszystkich znanych mi ludzi życia publicznego, matki i ojców. A szkoda, bo trudno wyobrazić sobie codzienne życie każdego z Polaków bez radosnego użycia choćby jednego przekleństwa. Dzięki nim, ekspresja polszczyzny wzbija się na nieosiągalne dla innych poziomy, pozwala z mieszanki 7 słów poskładać kilka poważnie rozwiniętych zdań lub opowiedzieć niezłą historię. Co więcej, podobnie jak istnieje sztuka mówienia, tak również Polacy, nieskończeni w swoim geniuszu, potrafili stworzyć także sztukę przeklinania, bez której nikt nie waży się kląć, bo bez niej jest to po prostu śmieszne. Ba, przekleństwa pomagają w codziennym życiu, nawet, jeśli na pierwszy rzut oka nie zdajemy sobie z tego sprawy.
                Wystarczy rozejrzeć się dookoła, przyjrzeć się czemukolwiek co powstało polską ręką, a już usłyszymy echo wspaniałych, piastowskich przekleństw. Drogi, mosty, domy, trawniki nie powstałyby nigdy, przenigdy, gdyby nie wyrazy, które przecież bardzo dobrze znamy, a których na co dzień boimy się stosować. Każdy kiedyś przechodził obok jakiegoś placu budowy i założę się o każdą sumę, że prócz obawy przed spadającymi materiałami, słyszał rozmowy budowlańców. Szczerze, jestem stuprocentowo pewien, że nikt nigdy nie usłyszał:
-          Heniu, bądź łaskaw podać mi ten młotek, bardzo Cię proszę...
W rzeczywistości brzmiało to zapewne odrobinę inaczej. Zapewne mniej więcej tak:
-          Heniek, k***a, przynieś tu ten pier*****y młotek, bo mnie ch*j k***a pier*****y zaraz strzeli, jak nie ruszysz d**y i nie przyniesiesz mi tu tego gó**a!!!
 Nazbyt wrażliwe oczy przepraszam za dosłowność cytatu. Jednak wniosek płynie z tego jeden – gdyby nie przekleństwa, nadal żylibyśmy w ziemiankach i bosymi stopami pieścili matkę ziemię (bo jak mówi przysłowie, kto jak kto, ale szewc kląć musi). Może to i byłoby ekologiczne, ale na pewno nie komfortowe, przyznajcie państwo sami. Zatem klnijmy do wili rodacy, bez kompleksów i wyrzeczeń.
                Idźmy dalej. W konstytucji stoi wyraźnie – każdy obywatel musi stać na straży wolności ojczyzny. Jak to jest z egzekucją tego obowiązku, ciężko powiedzieć, bo jeden na studia przed obowiązkiem ucieknie, drugiemu nagle zesztywnieje kolano, trzeci zaś zaprzyjaźni się z lumbago. Nie zmienia to jednak faktu, że Ci, którzy we wojsku, policji, straży pożarnej i miejskiej końcem końców się znajdą, stają przed wyzwaniem swojego życia i prostym rachunkiem okazuje się, że kilka ładnych tysięcy młodych dusz uczy się nowego fachu, w którym podstawową zasadą jest przede wszystkim oddać strzał ostrzegawczy w kolano, dopiero później zadawać pytania. Drobna modyfikacja tegoż, jakże prostego planu nauki dotyczy strażaków wszelkiej maści, bo oni raczej nie strzelają, to jasne jest, że wszystkie służby mundurowe chroniące nas na co dzień, łatwego chleba nie mają, o czym świeżo wyciągnięte z domowych pieleszy pacholęta mogą nie wiedzieć. I jakoś im to trzeba przekazać, w miarę przystępny sposób, do którego, niestety mowa Mickiewicza nie pasuje. Długie, piękne zdania również, bo wiadomym jest wszystkim, iż choć rozkaz krótki w mowie, treściwy i nieskomplikowany w swym duchu musi być i basta. Tym bardziej, że do taplania się w wojskowym błocie, huku amunicji, zapachu prochu i falującym wojskowym nastrojom, znoju ognia i zgłębiania tajemnic strażackiego węża, akademicka polszczyzna nadaje się tak, jak elektryk na średniowiecznym Wawelu. Dlatego nie zapominajmy, żyjąc w bezpiecznym mieście i kraju, że rzesze naszych mundurowych chłopców (a od niedawna też dziewczynek) bez klasycznej, wojskowej „k**wy waszej maci”, tak dobrze by nas przed jakimkolwiek paskudztwem nie uchroniły. Kropka.
                Przeważnie przeklinamy, gdy jesteśmy wzburzeni, a „brzydkie słowa” służą jako niebanalny środek ekspresji. Napisałem, że polskie przekleństwa należą do językowych perełek na światową skalę. I to jest fakt. Zauważmy – w ogromnej większości przekleństw występują różne twarde spółgłoski, najczęściej „r”, silnie akcentowane przy wypowiedzi. Tym samym niosą w sobie potężny ładunek emocjonalny, co więcej, kilka rzuconych „k**ew” skutecznie rozładowuje wewnętrzne napięcie. Każdy kiedyś przeklinał – czy po „rzucaniu mięsem” nie było lżej na duszy? No właśnie, było. Wszystko dzięki tym magicznym spółgłoskom. Jestem pewien, że gdyby nie nasze wspaniałe przekleństwa, dużo, dużo więcej rodzimych konfliktów skończyłoby się na pięści, nogi od stołu lub siekiery. A tak napięcie uchodzi słowem, rozmywa się, co najwyżej trzaska się drzwiami. To są fakty. A niech o genialności naszego wynalazku świadczy choćby to, że Anglicy, Amerykanie, Francuzi i inne podobne im nacje oczywiście wynalazły swoje własne przekleństwa, ale wszystko jakieś takie mięciutkie i gładkie. I kiedy Polacy po zażartej kłótni idą razem przepłukać piwkiem zmęczone krzykiem gardła, jakiś Anglik, Francuz lub Amerykanin zastanawia się u św. Piotra „Dlaczego szwagier sięgnął po kuchenny nóż?”.
                Przedstawiając temat poważniej jasnym jest, że każdy chciałby uniknąć krytyki, i klnąc boi się, że ktoś znajomy lub broń Boże zwierzchnik usłyszy i srogo zgani. Nie lubimy gdy ktoś upomina nas za nieodpowiednie słownictwo. Przeważnie kryjemy się z przekleństwami w domowym zaciszu, ewentualnie folgujemy sobie po piwku lub dwóch. Mało kto jest zdolny wyłowić poszczególne głosy w knajpianym gwarze, niewielu wówczas zwraca uwagę i w takich momentach wszystko jest w porządku. Nie lękamy się wówczas spowiedzi i pokuty, nasz pełny hipokryzji system wartości nie nadszarpnął się zbytnio. Przekleństwa wpisane są w życie każdego Polaka równie mocno jak inne istniejące słowa. Po co więc polszczyznę ograniczać? Dlaczego w takim Szczecinie za kilka przekleństw ze dwa tysiące rodaków dostało od policjantów mandaty? Porzućmy hipokryzję, policjanci, księża, urzędnicy, w przeszłości pewnie i Mickiewicz i Piłsudski klęli jeśli nie publicznie, to pod nosem. Dlaczego grozi mi się mandatem za to, że znam język polski, za to, że prócz grzecznej polszczyzny znam również jej ciemniejsze oblicze? Dlaczego nie mogę publicznie pozwolić sobie na moc ekspresji, jaką dają wulgaryzmy? Pewnie, należałoby zachować jakieś normy. Jakie? Każdy ma inne, własne, i to od nich zależy kto, gdzie i jak będzie wybranym przez siebie słownictwem operował. Ale niech rzucanie mięsem nie będzie racjonowane, na kartki ! Kiedyś w naszym pięknym kraju pomysł z kartkami na mięso nie wypalił. Po co wracać do błędnych rozwiązań? Tak nie wypada. Tak po prostu nie wypada.

Ogłoszenia

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Magistrat do remontu

Politycy komentują wynik wyborów

Czyżby Andrzej Duda?

Spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą

Posprzatał piwnicę, nie segregował odpadów

Prezydent na Polanie Jakuszyckiej

Trasy rowerowe w Złotoryi

Półkolonie z MOS–em po pierwszym turnusie

Sonda

Powstała miejska plaża nad Bobrem, czy to dobre miejce, także na rodzinny, relaks?

Oddanych
głosów
672
Tak
46%
Nie
41%
Nie wiem
14%