MenuZamknij

WIADOMOŚCI

SPORT

Eisenstein i reszta: siła kina sowieckiego

Wiadomości: JELENIA GÓRA
Czwartek, 26 marca 2009, 20:49
Aktualizacja: Piątek, 27 marca 2009, 8:20
Autor: TEJO
Fot. TEJO
Bez kina radzieckiego cała historia kinematografii byłaby o wiele uboższa – mówiła dziś Urszula Liksztet podczas kolejnego odcinka swojej gawędy o dziejach filmu. Paradoksalnie: ustrój totalitarny, który niszczył ludzi, przyczynił się do rozwoju kina i dodał filmom nowych znaczeń.

– Gdyby nie wybuch Rewolucji Październikowej, kino w Rosji na pewno nie osiągnęłoby pewnego poziomu, który znawcy kina – pominąwszy aspekty ideologiczne – do dziś uważają za wzorcowe i klasyczne – usłyszeliśmy podczas spotkania w Saloniku Empik-u, którego gospodarz Marcin Nowakowski zaprosił Urszulę Likszted (teatrologa i wykładowczynię Kolegium Karkonoskiego) na kolejną część gawędy o dziejach kina.

– Sam Lenin dawał twórcom filmu zielone światło, stawiając na propagandowy charakter produkcji, dzięki któremu chciał zawładnąć duszami swoich „podwładnych’ – mówiła prelegentka charakteryzując twórczość wybitnych realizatorów z okresu po Rewolucji Październikowej: Sergiusza Eisensteina, Dżigę Wertowa. Wspomniała też o Wsiewołodzie Pudowkinie. – Geniusz Eisensteina błysnął w „Pancerniku Potiomkinie”, monumentalnym dziele o wydarzeniach z 1905 roku, które zrealizował na zlecenie jako film upamiętniający rocznicę wybuchu Rewolucji.

Początkowo był zamiar odtworzenia na taśmie całego przebiegu wydarzeń rewolty. W końcu Eisenstein wybrał jeden epizod. Film powstawał na gorąco. Nie był gotowy nawet jeszcze podczas premiery. – Kiedy pierwsze kadry pokazały się na ekranie, Eisenstein kończył montaż drugiej części, którą do kina dowiózł w ostatniej chwili motocyklista – opowiedziała Urszula Liksztet. Pokazała też chyba najsłynniejszy fragment „Pancernika” – scenę ze schodami w Odessie.

Jak różne było podejście do kina po obu stronach oceanu, świadczy wyjazd Eisensteina do USA i kompletne niepowodzenie filmu, który tam nakręcił. Został on zresztą pocięty nożyczkami i z wielkim trudem po latach udało się go zrekonstruować.

Z kolei Dżiga Wertow był twórcą zaangażowanym, który w swoim manifeście „My” wprowadził termin „kinowości” i rozgraniczył „beznadziejną, zaraźliwą i dotkniętą trądem” kinematografię od prawdziwej sztuki filmowej. W historii kina zapisał się paradokumentem „Człowiek z kamerą”. – Nie do końca jest to klasyczny dokument, bo reżyser mocno ingeruje w obraz montażem tworząc sceny, których tak naprawdę nigdy nie było – powiedziała Urszula Likszted.

Była też okazja do obejrzenia tego dzieła, które powstało w latach NEP (Nowa Polityka Ekonomiczna), czasach względnego rozluźnienia gospodarczego i politycznego po terrorze komunizmu wojennego, po którym miał dopiero nadejść koszmar stalinizmu. Warto obejrzeć ujęcia, na których Wertow wnikliwie analizuje codzienność Odessy.

Urszula Likszted opowiedziała także o tym, jak w dawnym ZSRR reagowano na nowości techniczne, choćby film dźwiękowy. – Dotarł on tam znacznie później niż pojawił się w USA. Eisenstein obawiał się, że dźwięk w filmie uniemożliwi odbiór dzieła poszczególnym narodom i kino zatraci swój uniwersalizm. Postulował też, aby – jeśli już koniecznie ten dźwięk wprowadzić – był on rozbieżny w stosunku do tego, co dzieje się na scenie. W ten sposób reżyser chciał rozbudzić wyobraźnię widzów. – Zresztą nie ma się co dziwić oporom Rosjan, skoro przeciwnym dźwiękowi w filmie był sam Charlie Chaplin. „Dźwięk zabija piękno milczenia” – mawiał – mówiła prelegentka.

Kolejny odcinek niezwykle ciekawej i ilustrowanej gawędy filmowej Urszuli Likszted już za miesiąc w Empiku.

Ogłoszenia

Dodaj komentarz

Zaloguj
0/1600

Czytaj również

Przemysłowe Davos w mieście pod Śnieżką

Motocyklowe Karkonosze dzieciom

"Dobra zmiana” na parkingach  

Klub seniora zaprasza

Cieplice nie chcą Jeleniej Góry?

W szkole o używkach

ODK do zameczku?

Ktoś zniszczył choinki

Sonda

Czy coraz więcej przepowiedni o zbliżającym się końcu świata należy traktować poważnie?

Oddanych
głosów
909
Tak
22%
Nie
70%
Nie wiem
8%